piątek, 9 marca 2012

7. Zrób to też dla mnie...


Nasze usta złączyły się i wszystko znów stanęło w miejscu. Trwało to chwilę, która była dla mnie stanowczo za krótka. Położyliśmy się wtuleni w siebie i podobnie jak w dniu śmierci Alice, zasnęliśmy w jednym łóżku, nie mając siły na więcej. Pamiętam, że zanim odpłynąłem w objęcia Morfeusza z rozkoszą wsłuchiwałem się w równomierny oddech Gerarda i chłonąłem nieporównywalny do niczego, zapach jego ciała...
Obudził mnie chłodny dotyk na moim policzku. Niechętnie otworzyłem oczy, ale widok odpłacił mi za pobudkę. Gerard leżał twarzą do mnie wsparty na łokciu, wolną ręką pieszczotliwie głaszcząc mój policzek. Jego twarz zdobił wspaniały uśmiech. Wyglądał tak jak jedno z dzieł w sali od plastyki, ale różnica była zasadnicza. Był piękniejszy i bardziej barwny od nich wszystkich razem wziętych.
- Dzień dobry – szepnął.
Z mojego gardła nie wydobywała się odpowiedź. Wlepiałem oczy w jego usta, pragnąć móc ponownie poczuć ich smak. Czerwonowłosy, jakby czytając mi w myślach nachylił się ku mnie i musnął wargami mój policzek. Westchnąłem cicho zamykając oczy i upajając się jego ciepłem.
- Wciąż jesteś śpiący? - spytał, a w jego głosie dosłyszałem nutę rozbawienia.
- Ciii.... - powiedziałem kładąc palec na jego ustach. - Zakłócasz mi tą piękną chwilę nic nie robienia. - dodałem.
- Przepraszam – mruknął cicho.
Znów przymknąłem powieki i cieszyłem się dźwiękiem bicia naszych serc. Przez moje myśli przebiegł cały wczorajszy dzień. Coś jednak mi w tym wszystkim nie pasowało, a nawet dwa cosie.
- To co zaszło między mną, a Nansy wczoraj... - zacząłem, jednak przerwał mi wyraz jego twarzy.
Skrzywił się, a jego oczy wypełniła złość na samo wspomnienie. Nawet wtedy wyglądał niesamowicie.
- Byłem chyba... sam nie wiem. - powiedział po chwili, dobierając starannie słowa. - To chyba była... zazdrość. - dokończył, delikatnie, znów głaszcząc mnie dłonią.
Uśmiechnąłem się do tej wizji. Gerarda zazdrosny o mnie... Nagle do mojej głowy dotarło, co jeszcze nie było na swoim miejscu. Zerwałem się gwałtownie do pozycji siedzącej, co spowodowało lekkie zawroty głowy. Tym czymś byłem ja, bo znajdowałem się teraz w wygodnym łóżku czerwonowłosego, a nie we własnym domu. Chłopak podniósł się chwilę później, speszony moim zachowaniem.
- Co się stało? - spytał.
- Powinienem być dawno temu w domu... - westchnąłem, stając na nogi.
Mina Gerarda świadczyła o tym, że nie chce żebym wychodził, więc dodałem szybko.
- Przykro mi, ale niedługo się zobaczymy.
- Mam taką nadzieję. - odpowiedział, a w jego głosie wyczułem szczerość.
Zebrałem się pośpiesznie, a nie miałem tu właściwie niczego, więc nie potrwało to długo. Z żalem pożegnałem się z złotookim krótkim buziakiem w policzek. Dziwne, dodał mi on odwagi, która była mi zresztą potrzebna. Dotarłem pod drzwi domu z zaskakująco szybko. Najciszej i delikatniej jak potrafiłem, otworzyłem drzwi kluczem, jednak praktycznie na progu czekał mnie komitet powitalny... Gdy zamykałem drzwi w przedpokoju pojawił się Jack, a za jego ramieniem moja matka.
- Gdzieś ty, do cholery był?! - zagrzmiał, mężczyzna.
- Boże, Frank! Gdzie się podziewałeś? - zawtórowała mu kobieta, ale dużo łagodniej.
Jej twarz wypełniało zatroskanie, jednak zignorowałem je.
- Ja... ja... byłem u kolegi... - odpowiedziałem szczerze, jąkając się.
Cała moja odwaga, jakby wyfrunęła mi przez uszy. Nie wiedziałem co dodać, jednak gdy tylko pomyślałem o wczoraj, dotarło do mnie to, że to nic w porównaniu z tamtym uczuciem...
- Akurat mieliśmy ci coś ważnego do powiedzenia! - wrzasnął, jednak trochę ciszej Jack.
- Kochanie, płacimy tu trochę sporo za rachunki, więc... - zaczęła niepewnie Lusi.
- Wyprowadzamy się. - dokończył za nią ostro, mężczyzna.
- Co?! - krzyknąłem, mimowolnie.
Te słowa, były dla mnie jak uderzenie w policzek. Gorzej, cios nożem... Gerard, boże Gerard! Moje myśli szalały między sobą, walcząc o moją uwagę. Czemu teraz? Czemu, gdy poznałem kogoś takiego? Znałem go krótko, a mimo wszystko, był dla mnie ważniejszy od Stacy.
- Ogłuchłeś? - warknął, Jack.
- Ale, jak to? Na pewno jest jakiś sposób, żebyśmy tu zostali! - rzuciłem, ostro.
Odwaga jakby postanowiła wrócić ze spaceru. Wypełniał mnie szaleńczy gniew, a przecież całkiem niedawno, nad ranem, byłem w siódmym niebie.
- Nie możemy pracować na więcej etatów... - burknęła, moja matka.
- Etatów? Myślisz, że jestem ślepy?! O jakich cholernych etatach mi tu pieprzysz?! - wywrzeszczałem, z całą mocą jaka we mnie buzowała.
Jack, uderzył mnie otwartą dłonią w policzek, po czym zaczął wyrzucać z siebie przekleństwa, gdy ja wybiegłem najszybciej jak pozwalały na to moje krótkie nogi. Biegłem przed siebie, ze łzami w oczach, nie oglądając się za siebie. Moje tętno szalało, oddech był nierówny. Czemu?! Zdawał się krzyczeć cały świat. Starłem się, nie patrzeć na boki po już trochę, znajomych miejscach. Obrałem świetnie znany kierunek. Było to jedyne miejsce do którego mogłem się teraz udać. Poza tym, powinienem się pożegnać... Ta myśl, rozwścieczyła mnie jeszcze bardziej. Dopadłem do drzwi i bez pukania wbiegłem do środka.
- Gerard! - krzyknąłem zatrzymując się.
Był to nie lada wyczyn, przy moim szaleńczo szybkim oddechu. Odpowiedziały mi kroki, dochodzące ze schodów.
- Frankie? - usłyszałem, zdziwiony głos chłopaka.
- Rany, Gerard. - szybkim krokiem doszedłem do niego i bez wahania, rzuciłem mu się na szyję.
- Tak szybko się stęskniłeś? - zapytał z ironią, jednak gdy poczuł, na ramieniu moje łzy, cały zesztywniał. - Co się stało?
Nie potrafiłem wykrztusić słowa. Stałem tak, wdychając jego zapach. Nie mogę go tak zostawić, pomyślałem. Odsunął mnie delikatnie do siebie i nakierował, dłonią mój podbródek, tak bym patrzył mu w oczy.
- Co się dzieje? - spytał ponownie, niemal z rozpaczą.
- Ja... ja... Ja się wyprowadzam... - wyjaśniłem, a fala smutku prawie zwaliła mnie z nóg.
- Co? - chłopak zareagował tak samo jak ja. - Czemu?
- Powiedzieli, że nas nie stać na mieszkanie tutaj... - westchnąłem, bezradnie.
- Nie... - jęknął.
Jego złote oczy zabłyszczały, podobnie jak wczoraj. Złapał mnie za rękę i pociągnął do salonu. Nawet nie próbowałem zrozumieć, po co ta zmiana otoczenia. Chłopak pchnął mnie stanowczo na dużą, czarną kanapę, a sam usiadł tak blisko, że nasze ciała się stykały.
- To nie może się tak skończyć. - szepnął, kładąc dłoń na moim policzku. - Nie może... - powtórzył.
- Wiem.. - odpowiedziałem.
Jego druga rękę znalazła się na moich żebrach. Usta zbliżyły się znacznie.
- Co ty? - wyjąkałem, jednak nie pozwolił mi dokończyć jego palec.
- Chce się tobą teraz nacieszyć, niezależnie od wszystkiego. - wyjaśnił, cicho.
Pocałował mnie w usta, natarczywe, wręcz brutalnie. Jego język wsunął się do mojego podniebienia i zaczął je badać. Zaczynając od wszystkich moich zębów, aż po mój własny język. Wsunął chłodne palce pod moją koszulkę i powolnymi acz stanowczymi ruchami jechał w górę. Wszystko znów zatopiło się w głębi jego spojrzenia... Matka z Jack'em odfrunęli jak mewy. Gerard przeszedł do pokrywania pocałunkami mojego policzka, ucha, a potem szyi. Wsunąłem dłoń w jego włosy. Mimo farbowania, były jedwabiste w dotyku. Drugą rękę położyłem na jego klatce piersiowej. Wyczuwałem jego przyśpieszone bicie serca. Tak bardzo chciałem zatrzymać czas, jednak nic nie trwa wiecznie. Wszystko znów zostało przerwana stanowczo za szybko. Tym razem to ja zdobyłem się na tak karygodny czyn.
- Może to da się naprawić, ale jeśli tu zostanę na noc nie będą mnie chcieli nawet wpuścić za drzwi... - powiedziałem z lekkim sarkazmem.
- Zrób to też dla mnie... - szepnął po raz ostatni łącząc nasze usta...
Tym razem rozłąka trwała dużo dłużej. Wróciłem do domu, próbując coś wymyślić, jednak nic nie wpadło mi do głowy. Tym razem upewniłem się, że oboje są w swoich pokojach. Wszedłem do pokoju, żeby wszystko spokojnie przemyśleć. Gdy minąłem prób, dostrzegłem ogromną zmianę. Obok łóżka stały duże kartonowe pudła z napisami „do przeprowadzki”. Moja głowa opustoszała. Co jeśli już nic nie da się zrobić?  

niedziela, 4 marca 2012

6. Ten pocałunek...

Deszczowy poniedziałek, zaczął się jak każdy inny. Razem z Gerardem poszedłem do szkoły, w której nie spotkała mnie, żadna niespodzianka. Tak samo było przez następnych kilka dni, aż do piątku który rozświetliło, długo oczekiwane słońce. Jak na razie unikanie matki i Jack'a było dość łatwe, ponieważ dużo pracowali, jeśli można to tak nazwać. Tak samo jak zawsze, poszedłem z czerwonowłosym do szkoły. Jego przygnębienie, z powodu śmierci Alice, wciąż było bardzo odczuwalne. Starałem się nie przejmować tym, ani zbytnio mu się nie narzucać. Na progu szkoły, przywitała mnie rozszczebiotana Nansy. Szczerze mnie denerwowała. Przyczepiała się w najmniej odpowiednich momentach i rozprawiała o błahostkach, w ogóle mnie nie interesujących.
- Frank! Cześć. Mam świetną wiadomość. Jutro Alex organizuje imprezę. - powiedziała, jakby było to najważniejsze wydarzenie jej życia.
- Fajnie... - mruknąłem wymijająco.
Alex nie był dla mnie kimś specjalnym. Znałem go głównie z opowiadań Nansy. Był od nas o rok starszy. Raz czy dwa minęliśmy się na korytarzu. Miał dosyć długie czarne włosy i ciemne oczy z których dało się odczytać poczucie wyższości. Był nawet przystojny. Dla dziewczyny takiej jak ta, stojąca obok mnie i dręcząca od jakiegoś czasu jest to pewnie ideał.
- Pomyślałam, że może poszedł byś ze mną? - spytała.
Prze chwilę miałem wrażenie, że tylko żartuje, a przesadne trzepotanie rzęsami to tylko złudzenie optyczne, jednak mówiła poważnie. Spojrzałem błagalnie na Gerarda, który jedynie wzruszył ramionami, czego jednak ona nie mogła dostrzec, bo stała odwrócona do niego plecami.
- No dobrze. - powiedziałem w końcu.
- Świetnie! - powiedziała, z uśmiechem – To przyjdź jutro po mnie na Kansley Street o 17.
Rzuciła uradowana i odeszła. Znów zwróciłem wzrok ku czerwonowłosemu robiąc minę niesprawiedliwie ukaranego.
- To nie moja wina – mruknął niepytany.
- Wiem. - odpowiedziałem i ruszyłem wraz z nim w stronę klasy.
Byłem z siebie dumny, dzielnie wytrzymując matematykę z wychowawczynią. Tak dobrze zresztą poszło mi też zresztą lekcji. Wracając do domu odważyłem się w końcu spytać o coś Gerarda.
- Idziesz na tą imprezę?
Chłopak spojrzał na mnie, żeby sprawdzić czy mówię poważnie.
- Odbiło ci? - spytał uśmiechając się lekko.
Zawsze tak się zachowywał jeśli chodziło o sprawy właśnie takie jak spotkanie, wspólny wypad czy właśnie impreza. Był cichy i opanowany, jak zawsze. Miałem wrażenie, że odcina się nie tylko ode mnie, ale i od całego świata, chodź to mogła być w zasadzie prawda.
- Może. Po prostu nie chcę tam iść sam. - burknąłem zmieszany.
- Przecież będziesz z Nansy. - przypomniał, chodź wiedziałem o tym nader dobrze.
- Ale... - zacząłem - … wolałbym, żebyś ty też tam był.
Wydusiłem z siebie, co było nie lada wyczynem, dla kogoś równie nieśmiałego co ja. Taka była prawda. Chciałem, żeby tam był. Żeby poszedł tam ze mną, zamiast tej rozchichotanej blondyny.
- Rozumiem – powiedział, co lekko mnie zdziwiło – Jeśli ładnie poprosisz...
- Proszę... - powiedziałem, przeciągając sylaby jak dziecko.
- No dobra, ale jeśli zechcę to wrócę do domu. - powiedział, kończąc rozmowę.
- Jasne. - odpowiedziałem, dziwnie szczęśliwy.
Następny dzień był ciepły i czysty po niedawnych deszczach. Miałem się spotkać z Gerardem na miejscu. O umówionej porze dotarłem pod dom Nansy. Miała na sobie błyszczącą bluzkę z dużym dekoltem i czarną miniówkę. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, jednak zmusiłem się do skomplementowania jej wyglądu. Od razu przyczepiła się do mojego boku, jakbyśmy byli parą. Pocieszała mnie myśl, że spotkam na miejscu drzwi do innego świata. Dziwne, bo tymi drzwiami był człowiek, a w zasadzie zwykły chłopak...
- Na pewno dobrze wyglądam? - spytała Nansy, po raz setny.
- Tak, tak... - powiedziałem, przestając się starać.
Doszliśmy do domu Alexa dosyć szybko. Mieszkał całkiem niedaleko. W domu paliły się światła, a do ulicy dobiegał dźwięk muzyki. Od razu dostrzegłem, czerwonowłosego chłopaka opartego o latarnię. Ręce miał skrzyżowane na piersi. Miał na sobie czarne rurki i granatową kurtkę spod której wystawała biała bluzka. Szybko zerknąłem po sobie i przeczesałem niby niedbale włosy ręką. „Dobrze wyglądam?” pomyślałem nagle zaniepokojony. Czarne spodnie, ciemna kurtka, czarna koszula i niedbale zawiązany czerwony krawat. „Może być”, odpowiedział cichy głosik w mojej głowie, ale dla pewności wygładziłem jeszcze rękawy.
- Hej – powiedziałem, uśmiechając się.
- Cześć – mruknął, odwracając się do mnie.
Najwyraźniej nie był zbyt zadowolony z tego, że musiał przyjść. Weszliśmy do środka. Po przekroczeniu progu drzwi, zaatakowała nas fala dźwięków i zapachów. Muzyka, dym papierosowy, alkohol, śmiechy i krzyki. Rzadko bywałem w takich miejscach. Gerard rozejrzał się niechętnie. Nansy prawie od razu porwała mnie na środek drewnianego parkietu. Starałem się wmieszać w tłum, co wcale nie okazało się takie trudne jak sądziłem. Wokół kręciło się mnóstwo zupełnie obcych mi ludzi. Pośród nich robiło się mi gorąco, a w uszach huczało od kiepskich, ale głośnych piosenek. Dostrzeżenie Gerarda wydawało się nierealne, nawet z jego abstrakcyjnym wyglądem. Gdy tylko udało mi się wyrwać z tłumu spoconych, wciąż poruszających się ciał, wycofałem się pod ścianę. Nie minęło dużo czasu, kiedy oglądanie ocierających się o siebie par mi się znudziło. Miałem szczęście, że blondynka z którą przyszedłem zajęła się gospodarzem. Wciąż nigdzie nie dostrzegałem znajomej, charakterystycznej fryzury. Po jakimś czasie wyszedłem przed dom z zamiarem zapalenia i zaczerpnięcia świeżego powietrza. Moją twarz owiał chłodny wiatr, a do uszu dotarło dudnienie deszczu. Powietrze było wilgotne i czyste. Przed zmoknięciem chronił mnie około półtora metrowy daszek z frontu budynku. Słońce jakieś czas wcześniej zaszło za horyzont, a pierwsze gwiazdy zasłaniały ciężkie chmury. Szczelniej zakryłem się kurtką i wyjąłem z jej kieszeni paczkę czerwonych Marlboro. Zapaliłem jednego papierosa i zaciągnąłem się. Zwykle robiłem to dla towarzystwa, lub gdy byłem zdenerwowany. Wydmuchałem dym przed siebie, a on powoli rozwiał się wokół. Ulicą przejechało srebrne volvo i znów słychać było jedynie krople wody spadające z nieba i muzykę dochodzącą zza moich pleców. Nagle tą miłą chwilę wytchnienia przerwało ciche skrzypienie drzwi, a zaraz potem natrętny głos.
- Tu jesteś! - Nansy zamknęła za sobą drzwi i podeszła do mnie.
Złapała mnie za ramie i zaczęła trzepotać rzęsami. Ewidentnie coś chodziło jej po głowie, jednak nie potrafiłem zrozumieć co. Nie miało to jednak długo trwać. Dziewczyna zabrała z mojej dłoni papierosa i wyrzuciła go gdzieś w dal na mokrą ziemię. „Co robisz?”, zamierzałem warknąć jednak nie zdarzyłem. Zarzuciła dłonie na moją szyję i wychylając głowę do góry pocałowała mnie w usta, nie pozwalając tym samym dojść do słowa. Oniemiały stałem w miejscu, z rozpaczą próbując nadążyć za biegiem wydarzeń. Czas płynął zbyt szybko. Przysunęła się bliżej mnie ocierając się o mój tors. Wtedy usłyszałem dźwięk ponownie otwieranych drzwi i było za późno na cokolwiek. W progu drzwi, ponad blond lokami dostrzegłem, zaskoczoną twarz Gerarda. Wkrótce jednak jego usta wykrzywiły się w dziwnym grymasie złości. Odepchnąłem od siebie dziewczynę z zamiarem, poproszenia go o wspólny powrót do domu, jednak gdy tylko ruszyłem przed siebie, przesuwając Nansy na bok on puścił się biegiem przed siebie.
- Gerard! - zawołałem za nim, jednak ten nie zareagował.
Słyszałem za sobą nawoływania dziewczyny, gdy pobiegłem za nim, ignorując pogodę i śliskie błoto pod moimi stopami.
- Gerard, proszę zaczekaj! - krzyczałem, a mój głos mieszał się z deszczem, moczącym moje ubrania.
Widziałem przed sobą stopniowo zbliżającą się sylwetkę. Chłopak nie odpowiedział na moje prośby. Nawet się nie odwrócił, jednak zwalniał. Chciałem z nim porozmawiać i wyjaśnić wszystko. Co się stało? Nie wiedziałem, czemu tak zareagował. Może nie chciał widzieć mnie z Nansy? Może coś stało się na imprezie? Biegłem za nim potykając się o własne nogi. Czułem na skórze strużkę potu. Zimno zaczynało wciskać się przez przesiąknięte wodą ubrania, które przylegały do mojego ciała. Odległość między nami zaczęła się zmniejszać, aż wreszcie dogoniłem czerwonowłosego i zatrzymałem, łapiąc stanowczo za ramię. Nawet nie próbował się wyrwać, gdy siłą obróciłem go do siebie twarzą. Jego policzki były mokre, a oczy zaczerwienione, jakby płakał, jednak mogło to być urojenie.
- Co się stało? - spytałem, patrząc mu w twarz.
- Ja... - jęknął niepewnie, spuszczając wzrok.
- Tak? - ponowiłem. Gdy znów spojrzał na mnie, jego oczy zalśniły niczym złoto.
- Frankie, to nie takie łatwe jak myślisz! - krzyknął, a jego głos potoczył się echem wśród kropel deszczu.
- Wytłumacz mi! - powiedziałem, zdziwiony jego zachowaniem.
- Nie potrafię. Nie chcę by coś się stało z naszą przyjaźnią. Poza tym, tego nie da się tak po prostu powiedzieć... - spierał się dalej.
- Chociaż spróbuj! Spróbuj mi to pokazać! - wybuchnąłem.
Zawsze uważałem, że na wszystko są dobre słowa wyjaśnienia. Że wszystko ma swój słowny opis i wyjaśnienie, więc co mógł ukrywać? Nagle czas stanął, gdy nasze spojrzenia się zetknęły. Tak bardzo chciałem być kimś w jego oczach, a teraz gubiłem się w ich głębi, jakby były przepaściami bez wyjścia. Tkwiliśmy nieruchomo, całkowicie przemoczeni między szarymi budynkami Pawntacket.
- Chciałbym, żebyś zrozumiał... - szepnął.
W jednej chwili pojąłem, że jednak płakał. Słychać to było w jego głosie. Z niesamowitą prędkością złapał mnie za nadgarstki i popychając lekko, przygwoździł do ściany budynku, przed którym staliśmy. Zbliżył swoją twarz do mojej. Mimowolnie jęknąłem cicho, gdy Gerarda przybliżał się bardziej, zaciskając uścisk. Ustami objął moje wargi, uniemożliwiając mi jakikolwiek odgłos. Poruszał nimi ostrożnie w czułym pocałunku. Moje ciało zastygło, jakby było z wosku. Jego dotyk... pomyślałem. Jego chłodne ręce, zaciśnięte na moich... Jego nieobecne spojrzenie... Jego usta...
Czułem napierające stopniowo na mnie ciało. Język chłopaka wsunął się do mojego podniebienia rozpoczynając jego penetrację. Pocałunek stał się bardziej zachłanny i brutalny. Mimo wszystko ból w nadgarstkach, zmienił się w rozkosz z tej bliskości. Z moich przymkniętych oczu poleciały słone łzy. Nie potrafiłem ich zatrzymać, chociaż nie odczuwałem smutku. Czułem jak odpływamy, lub też robi to otaczający nas świat, umykając gdzieś w dal.
Gerard...
Wokół nas szumiał ocean, a nie deszcz. Jego fale zbliżały się do naszych stóp, jednak zamiast je zmoczyć, oddalały się z powrotem w głębiny. Czerwień włosów chłopaka stała się ogniem ogrzewającym moje ciało, a oczy światłem niosącym bezpieczeństwo i nadzieję.
Chciałem tego?
Mój umysł jakby odpływał wraz z falami, a myśli stały się dziwnie ociężałe i powolne. Nacisk na moich nadgarstkach stopniowo zelżał. W końcu wyrwałem się z niego i wplotłem ostrożnie palce w włosy chłopaka. W jednej chwili ktoś nacisnął przyciska play na pilocie. Czas ruszył, deszcz zaczął na nowo moczyć wszystko w zasięgu wzroku. Nie było już ani oceanu, ani tego dziwnego uczucia wolności. Tym który to przerwał, był właśnie ten, który to wszystko zaczął.
- Przepraszam... - szepnął, jakby zrobił coś złego.
- Za co? - spytałem, a resztki przyjemności odleciały, gdy dostrzegłem przygnębienie na jego twarzy.
- Za to i za te wszystkie kłamstwa... - wyjąkał sztywno, spuszczając głowę.
Było to dla mnie jeszcze większym zaskoczeniem, niż sam pocałunek. Widząc moje zdziwienie Gerard złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę swojego domu.
- Wyjaśnię ci u mnie. - rzucił zamyślony.
Znów był tym samym chłopakiem, którego poznałem pierwszego dnia szkoły. Te same nieobecne spojrzenie, ten sam utkwiony gdzieś w dali wzrok, ta sama obojętność w głosie... Prowadził mnie, jakbym nie znał drogi. Zrobił się dziwnie chłodny, jakby nic między nami nie zaszło. To co zrobił, było dla mnie tak ogromnym szokiem, że nawet nie zauważyłem kiedy dotarliśmy na miejsce. Suche pomieszczenia przywitały nas światłem i ciepłem. Z ulgą zrzuciłem przemoczoną kurtkę i buty, które dosłownie ociekały wodą. Złotooki był spięty i jakby zagubiony. Sam nie byłem w lepszym stanie.
Ten pocałunek…
Gerard podszedł do mnie, lekko drżąc.
- Chciałem ci powiedzieć… ale to co zrobiłem. – zaczął jąkając się przy każdym słowie.
Mówienie widocznie sprawiało mu ból.
- To co o mnie wiesz to… złudzenie. Nie jestem do końca taki jakim mnie znasz… - wybąkał.
W mojej głowie ruszyły dwa pociągi pędzące na siebie ze sprzecznymi informacjami, ale..
Ale ten pocałunek…
- Nie zabiłem swojego ojca niechcący – powiedział, jednym tchem. – Ja, ja byłem w tedy z chłopakiem… moim chłopakiem. – odległość między owymi pociągami raptownie się zmniejszała, przy każdym słowie. – Tata nas nakrył. Ja naprawdę nie wiedziałem co zrobić. Wywalił mojego... chłopaka, a na mnie zaczął wrzeszczeć. Mówił, że wyrzuci mnie z domu. Uderzył mnie w policzek i nazwał nic nie wartą ciotą… To mnie zabolało najbardziej. – Z niewyjaśnionej przyczyny cofnąłem się o dwa kroki w tył.
Zrobiłem to właściwie nieumyślnie. Strach był silniejszy, ale nie bałem się go, tylko jego słów.
- Byliśmy w kuchni. Nie panowałem nad sobą. Niedaleko leżał nóż… - po jego policzku spłynęły pojedyncze łzy, a za nimi następne. – To było takie proste… - zakończył, jakby wszystko już wyjaśnił.
Pociągi uderzyły w siebie, wywołując niepojęty chaos w moim umyśle. Strach posuwał się dalej. Nie mogłem nic z siebie wydusić. To nie prawda, pomyślałem, ale jego słowa brzmiały aż nazbyt szczerze. Chciałem temu wszystkiemu zaprzeczyć, lub cofnąć czas. Wyglądał, jakby miał zaraz uciec, wstydząc się tego co wyznał. Jego policzki zakrył lekki rumieniec złości na samego siebie. Ciarki przeszły po moim ciele.
A ten pocałunek…
- Wiedziała o tym tylko Alice i moja matka. Brat nawet niczego nie podejrzewał… tak bezgranicznie ufał moim kłamstwom. – wybąkał. – Dziwne, nawet przy nich nigdy nie płakałem… - dodał, zupełnie innym tonem, patrząc na mnie, jakby zaciekawiony tym faktem.
Jego oczy błyszczały. Przypominały kamienie szlachetne. Pełne były bólu, cierpienia i… Nie potrafiłem określić czego. Może było to zwykłe zainteresowanie moją osobą? Przysunąłem się niepewnie bliżej niego, chodź właśnie stwierdził, że jest mordercą. Co ty robisz? Spytał przerażony umysł, ale to serce zawładnęło moim ciałem. Uciekaj! Krzyknął, próbując przejąć kontrolę, gdy moja dłoń podnosiła się do policzka Gerarda. Czemu tego nie zrobisz? Czemu go nie zostawisz? Moja twarz powoli zbliżała się do jego. Stał w miejscy, jakby gotowy nawet na skazanie. Nachyliłem twarz ku niemu, czując coraz wyraźniej jego ciepły, nierówny oddech na swoich wargach. Większość ludzi, postąpiła by inaczej, ale…
Ale ten pocałunek zmienił wszystko…

niedziela, 5 lutego 2012

5. Przygnieciony niewiadomymi...

Co ja tu robię? Pomyślałem, rozglądając się dookoła. Stałem na środku, pustyni całkiem pokrytej piaskiem. Jedyną rzeczą jaką poza tym dostrzegałem było słońce, sam nie wiem czemu, znacznie większe od normalnego. W oddali słyszałem zawodzenie sępów, czyhających na jakąś ofiarę. Jak się stąd wydostać? Ruszyłem przed siebie, z nadzieją na powrót do domu. Zdawało mi się, że upłynęła wieczność gdy doszedłem do niewielkiego wzniesienia. Stał na nim przystojny chłopak, o czerwonych włosach.
- Gerard? - powiedziałem ze zdziwieniem.
- A któż by inny? - zaśmiał się radośnie.
Znajdował się kilka metrów ode mnie po lewej. Spojrzałem w przeciwną stronę, gdzie na sypkim, ciemnym piasku, leżało białe pudełko. Było mi tak dobrze znane, że nie było mowy o pomyłce.          - Wybieraj. - usłyszałem głos chłopaka.
Co miałem wybrać? Oczywiste było dla mnie, że powinienem wybrać przyjaciela, jednak mimowolnie ruszyłem w stronę tabletek. Chciałem się zatrzymać, jednak nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Zdawało mi się, że stoję z boku i oglądam film w którym jakiś chłopak, nadzwyczaj do mnie podobny wybiera jakieś głupie lekarstwa zamiast przyjaciela.
- Czemu? Frankie, dlaczego? - słyszałem błagalne, coraz głośniejsze jęki Gerarda.
Nie potrafiłem się zatrzymać, ale nie mogłem tego zrobić. Chciałem to przerwać. Jak ja mogłem?    - Nie!
Mój krzyk, rozdarł ciszę panującą w pokoju. Siedziałem roztrzęsiony na łóżku. Głowa pulsowała mi od bólu, koszula nocna była całkiem zalana potem, a ja siedziałem zdezorientowany w pościeli z trudem łapiąc oddech.
- To tylko sen... - szepnąłem sam do siebie po chwili.
 W pomieszczeniu było jeszcze ciemno. Wpatrywałem się w przestrzeń przede mną, zastanawiając się co oznaczał ten, niby zwykły, jednak bardzo realny sen. To nie mogło się tak skończyć, pomyślałem. Zmęczony opadłem z powrotem na poduszkę. Jeżeli miałem wybrać jedno, to czemu oznaczało to jednocześnie utratę drugiego? Mimo że było bardzo wcześnie, nawet nie próbowałem zasnąć. Sen w tej chwili wydawał się być dla mnie bardzo odległą abstrakcją. Nie wiedziałem co robić. Poczekałem, aż moje serce wróci do normalnego tempa, a oddech ureguluje się. Było mi gorąco, jednak to nie powstrzymywało mojego ciała od drżenia. Po odczekaniu jakiegoś czasy usiadłem by spuścić wzrok na swoje dłonie. Ręce trzęsły mi się jakbym był chory na parkinsona. Próbowałem nad tym zapanować, jednak skończyło się to klęską. Rozejrzałem się dookoła. Meble wokół, były ledwie dostrzegalnymi konturami. Miałem wrażenie, że mrok przybiera kształty potworów i bestii czyhających w zniecierpliwieniu na swoją ofiarę. Z trudem zszedłem z łóżka, potykając się i upadając na kolano. Wstałem z ziemi, zastanawiając się jak głośno uderzyłem o podłogę. Przebrałem się w suchy, zielony podkoszulek i czarne rurki. Założyłem do tego brązową kurtkę i pierwsze lepsze buty, które okazały się znoszonymi trampkami. Schowałem jeszcze telefon do kieszeni i dosłownie na palcach wyszedłem z domu. Moją twarz omiotło chłodne, poranne powietrze. Niebo było jeszcze granatowe, tylko wschodni fragment był rozświetlony przez ospale wschodzące słońce. Było zimniej niż myślałem. Paliły się jeszcze nieliczne latarnie. Ulice były dziwnie puste i ciche, jedynie słychać było szum kwitnących drzew i odległe huczenie wiatru. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiegoś punktu zaczepienia, jednak wszystko było wciąż uśpione. Ruszyłem w losowo wybranym kierunku. Wraz z moimi nogami ruszył także wybudzony umysł, z niesamowitą prędkością analizując cały sen. „Czemu? Frankie, dlaczego?”. Głos Gerarda wciąż dzwonił mi w głowie, jak skowyt zarzynanego zwierzęcia. Było to dla mnie jak uderzenie w policzek, jednak najbardziej zdruzgotał mnie fakt, że wybrałem tabletki, a nie jego. Historie powinny mieć Happy End, pomyślałem jak mała, ośmioletnia dziewczynka, której ulubionemu bohaterowi wydarzyło się jakieś nieszczęście. To nie mogło się tak kończyć... Mijałem kolejne sklepy i budynki, rozmyślając o tym. Czemu nie wybrałem Gerarda? Padło w mojej głowie. Sam nie wiedziałem kim jest dla mnie czerwonowłosy. Niebo zaczynało się stopniowo rozjaśniać, przeganiając z niego jasne gwiazdy. Po jakimś czasie znalazłem się w parku. Wędrowałem alejkami, czując się jak bohater filmu, w którym doszło do wybuchu atomowego. Czas płynął znacznie szybciej niż powinien. Słońce zaczynało rozświetlać zaspane twarze, nielicznie pojawiających się przechodniów. Nad ziemie wzlatywały ptaki, zakłócając ciszę swym świergotem. Świat jakby ruszyły z miejsca, zaczynając zwykły dzień. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu. Była 7:15. Samochody pojawiały się coraz liczniej, tak samo jak ludzie. Pamiętałem, że matka zwykła wychodzić razem ze swoim chłopakiem około 14, więc miałem jeszcze mnóstwo czasu dla siebie. Nogi zaniosły mnie do sklepu muzycznego w którym kupiłem dwie, nowe kostki do gry. Minęło jakieś pół godziny, więc udałem się jeszcze do starboocksa żeby napić się kawy. Byłem tam pierwszy raz. Pomieszczenie przypominało pub ze starego amerykańskiego filmu. Zamówiłem sobie cappuccino i zająłem wolne miejsce w rogu sali. Siedziałem w milczeniu wpatrując się w parujący płyn, upijając co jakiś czas jego część. Nic nie docierało do mojej, zajętej głowy. Gdy wreszcie skończyłem pić, uniosłem wzrok na duży zegarek, nad wejściem. Matka miała za niedługo wyjść więc wróciłem do domu, akurat gdy ona odjeżdżała samochodem. Sekunda, minuta, godzina, aż w końcu cały dzień. Czas był dla mnie czymś niepojętym. Akurat gdy był potrzebny, wskazówki pokazujące go gnały jak szalone. W tym dniu nie robiłem praktycznie nic. Nawet nie zwróciłem uwagi na rosnące zmęczenie i przymykające się powieki. Chwilę potem miałem wrażenie, że zabiera mnie piękny, kolorowy powóz...
Rozchyliłem powieki i tak jak przewidywałem dostrzegłem wnętrze własnego pokoju, rozświetlone blaskiem słońca. Zerwałem się z łóżka, uderzając głową o sufit. Zeskoczyłem z niego, prawie się zabijając po drodze. Sprawdziłem która jest godzina i tak jak myślałem, musiałem się pośpieszyć. Dziś zaczynał się tydzień. Pierwszą lekcją była plastyka, a było to coś, czego nie chciałem przegapić. W pośpiechu naszykowałem wszystko co niezbędne i wyszedłem. Przed moim domem stał czerwonowłosy chłopak, odwrócony do mnie placami, jednak gdy tylko usłyszał zamykanie drzwi, odwrócił się.
- Hej – powiedziałem podchodząc do niego.
- Cześć, spóźniłeś się – opowiedział.
- Tak, wiem. Zaspałem, ale dzięki, że poczekałeś.
W odpowiedzi jego bladą twarz, rozświetlił delikatny uśmiech. Taki powinien być przyjaciel, pomyślałem. Wtedy przypomniał mi się sen z poprzedniego dnia. Od razu spochmurniałem, co pechowo nie uszło uwadze Gerarda. Po chwili wspólnego marszu odezwał się:
- Co się stało?
- Nic... Wczoraj kiepsko spałem. - opowiedziałem, co nie było wcale kłamstwem.
Chłopak obrzucił mnie uważnym spojrzeniem, złotych oczu, po czym dalej szedł w ciszy. Miałem wrażenie, że dzieli nas niewidzialna szyba, niepozwalająca na więcej, niż te kilka słów. Rozumiałem, że Gerard po prostu trzyma mnie od siebie na odległość, nie pozwalając poznać się lepiej. Ja jednak chciałem móc zniszczyć to co nas różniło, ale było to tylko i wyłącznie jego wytworem. Jedynym sposobem na to było pokazanie mu się jak z najlepszej strony, jednak jak mogłem to zrobić, skoro nawet w śnie wybierałem co innego? Wciąż milcząc dotarliśmy do sali. Było już chwilę po dzwonku, ale Pan Oliver, który okazał się być najlepszym nauczycielem szkoły, przymknął na to oko. Usiadłem na miejscy, po czym rozejrzałem się po, całkowicie pomalowanych ścianach. Moją uwagę przykuł, jeden z zapełnionych fragmentów. W pustym wcześniej miejscy znajdował się teraz najwspanialszy wilk jakiego kiedykolwiek widziałem. Jego oczy był jak żywe, utkwione w mojej i Gerarda ławce. Całe jego ciało pokryte było ogniem, który sprawiał wrażenie tak realistyczne, że aż zrobiło mi się gorąco. Stał pewnie, przodem do nas, jakby patrolował swój teren. Był to niesamowity widok. Tępo spoglądałem się w obraz, próbując sobie przypomnieć co ja tam robię. Z transu wyrwał mnie miły głos.
- Za to ci dziękowałem.
W tej chwili przypomniałem sobie co wydarzyło się poprzednio w szkole i to że dziękował mi po lekcji biologi.
- Za pomysł. - dodał.
- Jest piękny... - szepnąłem, bo tylko na to potrafiłem się zdobyć.
- Zrobiłem go... w pewnym sensie... dla ciebie. - powiedział w końcu.
- Dzięki....
Znów padło tylko kilka słów, ale znaczyło ono dużo więcej niż długie opowiadanie. Sprawiły one, że szyba nas dzieląca stała się ledwie zauważalnie cieńsza. „Zrobiłem go... w pewnym sensie... dla ciebie”, powtórzył mój umysł, kilkakrotnie. Spojrzałem na niego. Miał spuszczony wzrok, jakby wstydził się mi to wyznać. Uśmiechnąłem się, co zobaczył podnosząc głowę. Odwzajemnił go, a jego oczy rozjaśniły się. Lekcja minęła szybciej niż powinna. O dziwo tak samo było z innymi zajęciami, ale może było to spowodowane tym, że byłem zajęty rozmyślaniem o czerwonowłosym. Wciąż przyłapywałem się na tym, że myślę o nim, ale co było w tym złego? To mój znajomy, a nawet... Tu brakło mi odpowiedniego określenia. Po prostu był dla mnie ważny. Wróciłem do domu sam i tak samo spędziłem wieczór, który wypełnił jedynie dźwięk deszczu, uderzającego o szyby. Miałem wrażenie, że jeszcze nigdy o czymś tak intensywnie, nie myślałem. Nawet o Stacy. W mojej głowie imię to padło beztrosko i bez większego zainteresowania, jakby była tylko złudzeniem. Minęły ledwie, niecałe trzy tygodnie, a ja nawet jej nie wspominałem. Dlaczego? Kolejne pytanie sprawiło, że poczułem się przygnieciony niewiadomymi. Wieczór spędziłem jak każdy inny. Zasypiałem w ten sam sposób co zawsze, wpatrując się litery nad moją głową i rozmyślając o jego właścicielu. Ale czemu?

sobota, 28 stycznia 2012

4. Zwykłe, małe tabletki...

Gdy otworzyłem oczy dostrzegłem chłopaka o czerwonych włosach. Gerard siedział na brzegu łóżka, podpierając głowę na dłoni niczym „Myśliciel” Michała Anioła. Gdy zauważył, że się obudziłem uśmiechnął się lekko.
- Dzień dobry, śpiąca królewno. - powiedział. - Już miałem cię budzić.
- Hej – powiedziałem siadając.
Dopiero dotarło do mnie, że spałem w obcym domu, w obcym łóżku z praktycznie obcym chłopakiem. Na jego twarzy malowało się przygnębienie, a oczy wciąż nosiły ślady długotrwałego płaczu.
- Ja... - zaczął, odwracając się do mnie. - Przepraszam za wczoraj. Poniosło mnie. - Mówiąc to nie patrzył mi w oczy. Jego głos był cichy i niepewny.
- To nic. - rozejrzałem się po pomieszczeniu.
Dopiero teraz mogłem się mu uważnie przyjrzeć. Siedziałem na dużym łóżku, zasłanym błękitną pościelą. Ściany także były białe. Znajdowało się na nich mnóstwo plakatów z zespołami takimi jak „Iron Maiden” czy „Misfits”. Podłoga była wyłożona czarnym dywanem. Meble były niebieskie bądź granatowe. Po mojej prawej znajdowało się wyjście na balkon. Po przeciwnej stronie stało biurko z bordowym laptopem.
- To się nie powinno wydarzyć... - szepnął Gerard. Mówił tak cicho, że jego głos można by pomylić z szumem liści.
- Nie musisz się tym przejmować. - odpowiedziałem , uśmiechając się.
Chciałem dodać, że to było przyjemne, jednak nie odważyłem się na to. Wstałem z łóżka, ponieważ nagle zacząłem czuć się na nim niezręcznie. Nie byłem pewien co w takiej sytuacji powinienem zrobić. W domu z pewnością czekał na mnie zdenerwowany Jack i matka. Nie chciałem do nich wracać, a także zostawiać teraz Gerarda samego.
- Chodź, zrobię nam jakiś śniadanie, bo pewnie jesteś głodny. - powiedział, po chwili.
Wyszedł z pokoju, a ja poszedłem za nim. Dom był duży i bogato urządzony. Na ścianach wisiały różne obrazy, a półki zdobiły różne ozdoby i pamiątki. Zeszliśmy po chodach na dół do przestronnej kuchni. Wnętrze było urządzone minimalistycznie. Pomieszczenie musiało służyć także za jadalnie ponieważ na środku stał dość długi stół, przy którym ustawione były krzesła. Gerard podszedł do szafek wiszących pod sufitem. Z jednej nich wyciągnął dwie szklanki.
- Kawy? - spytał, odwracając się lekko.
- Tak, dzięki. - odpowiedziałem, postępując kilka kroków do przodu.
- Usiądź – powiedział, wskazując ruchem głowy stół na środku.
Zająłem jedno z krzeseł i obserwowałem jak bez pośpiechu robi tosty i kawę. Gdy skończył położył talerz i czarny kubek z parującym płynem przede mną i usiadł, naprzeciwko. Nie wiedziałem co mam powiedzieć więc mruknąłem tylko, ciche „dzięki”. Po zjedzeniu pysznych tostów i wypiciu mojego ulubionego napoju, Gerard powiedział że musi pójść na chwilę na górę. Nie miałem nic przeciwko, więc czerwonowłosy wdrapał się po schodach poza zasięg mojego wzroku. Nigdzie nie dostrzegłem zegarka, więc sięgnąłem do kieszeni z zamiarem, sprawdzenia godziny na telefonie. Gdy włożyłem do niej rękę natrafiłem na małe pudełko. Wyjąłem je i sprawdziłem czy jest to co, o czym myślę. W mojej dłoni znajdowało się opakowanie silnych środków uspokajających, mój koszmar, a jednocześnie moje wybawienie. Brałem je od jakiś dwóch lat, czyli od czasu gdy w moim życiu pojawił się Jack. Chwilę rozważałem wzięcie kilku, jednak jakby na to nie patrzeć był to zły pomysł. Mimo iż świetnie o tym wiedziałem, dalej trzymałem je w dłoni walcząc z chęcią zażycia ich. Mało ich nie upuściłem, gdy moich uszu dobiegł głos gospodarza.
- Co to jest? - spytał schodząc ze schodów.
Pechowo stałem naprzeciwko nich, więc ukrywanie pudełka było bezcelowe. Z trudem oparłem się chęci schowania ich za plecami, jak małe dziecko. Z największym spokojem na jaki potrafiłem się zdobyć wsunąłem je do kieszeni.
- Moje tabletki na uczulenie. - powiedziałem, bo była to jedyna rzecz jaką mogłem w tej chwili wymyślić.
- A na co masz uczulenie? - wypytywał dalej, podejrzliwie.
- Na... - tu już kompletnie nie wiedziałem co wstawić.
- Co to jest? - powtórzył, spoglądając na kieszeń w którym znajdował się powód pytań.
- To naprawdę nic. - skłamałem, czując się coraz bardziej niezręcznie.
- Mogę zobaczyć? - kontynuował, wyciągając rękę.
Dzielił nas już od siebie jakiś metr, a nie była to bezpieczna odległość. Bez jakiekolwiek zapowiedzi, Gerard sam sięgnął do mojej kieszeni. Obróciłem się lekko w bok, blokując do niej dostęp. Nie zdążyłem nawet kiwnąć palcem, a on już trzymał mnie za nadgarstek. Obrócił mnie do siebie tyłem i wolną ręką sięgnął do moich spodni. Powoli wyjął z niedużego otworu leki, po czym puścił mnie lekko odpychając w bok.
- Gerard! - udało mi się wykrztusić, przez zaciśnięte gardło.
- Skoro to nic, to czemu tak się bronisz? - spytał, jednak widać było że nie oczekuje odpowiedzi.
Zawiesił wzrok, na białym opakowany i chwilę wpatrywał się w nie.
- Po co to bierzesz? - powiedział w końcu – Chyba nie masz ADHD.
- Nie, po prostu...
- Nie można tego brać tak bez powody, są bardzo silne. Całe opakowanie powaliło by byka. - w jego głosie wyczułem złość i jednocześnie troskę.
- Wiem, ale one naprawdę są mi potrzebne. - upierałem się.
- Do czego? - spytał stanowczo.
Na to nurtujące pytanie, nawet sam sobie nie potrafiłem odpowiedzieć. Do czego były mi potrzebne? Wiele razy próbowałem sobie to wytłumaczyć, jednak zawsze kończyło się to klęską. Po prostu musiałem... Bezradnie spuściłem głowę wiedząc, że dalsze sprzeczanie się z nim nie ma sensu. Bez słowa skierował się do umywalki.
- Proszę, oddaj mi je. - było to jedyne zdanie na jakie zdołałem się zdobyć.
Wciąż milcząc, otworzył drzwiczki szafeczki kuchennej odsłaniając niewielki śmietnik. Bezradnie wpatrywałem się, jak wyrzuca pudełko do jego wnętrza.
- Przepraszam. - powiedział cicho.
Tępo spoglądałem za szafkę, którą zamknął. Nic nie byłem wstanie zrobić. Pewna część mnie wmawiała sobie, że tak jest lepiej, jednak nie potrafiłem wyprzeć się faktu, że byłem od nich uzależniony. Gerard podszedł z powrotem do mnie i wciąż licząc położył rękę na moim ramieniu.
- Zrób coś dla mnie... - zaczął – Nie bierz tego.
- To nie takie łatwe. - szepnąłem.
Kilka razy próbowałem, przestać to robić, ale po prosu byłem na to za słaby.
- Chodź obiecaj mi, że spróbujesz. - nalegał, przysuwając się jeszcze bliżej.
- Dobrze. - powiedziałem, spoglądając mu w oczy.
W odpowiedzi uśmiechnął się lekko. Poczułem ogromną chęć objęcia go, podziękowania za wszystko, jednak nie byłem w stanie. Zaczęliśmy bezsensowną rozmowę, jakby całe zajście nie miało miejsca. Byłem tak szczęśliwy jego obecnością, że zupełnie zapomniałem o domu, matce i Jack'u. Gdy była już piętnasta, czerwonowłosy poruszył temat przeprowadzki i poczułem się jakby ktoś wylał na mnie wiadro z zimną wodą. Pół godziny więcej nie było dla mnie jednak wielką różnicą, więc opowiedziałem Gerardowi wszystko o swoich rodzicach domu i przeprowadzce. Nawet nie zapomniałem wspomnieć o zawodzie matki. Było mu przykro słyszeć to. Wyjaśniłem jeszcze, że powinienem wracać i tak też zrobiłem. Im bliżej domu się znajdowałem, tym wolniejsze było moje tempo. Dopiero teraz zacząłem bać się konsekwencji. Po cichu otworzyłem drzwi, szykując się na nieuniknione.
- Frankie, to ty? - usłyszałem piskliwy głos rodzicielki, dobiegający z kuchni.
- Tak – powiedziałem, po stwierdzeniu, że jej chłopaka nie ma w domu.
Niska kobieta wyszła do mnie. Miała długie, kręcone, brązowe włosy i niebieskie oczy. Była dość szczupła. Wyglądała na sporo młodszą, niż w rzeczywistości była.
- Gdzie ty byłeś? Nawet nie wiesz jak się o ciebie martwiłam! - krzyknęła podchodząc do mnie.
- Spałem u przyjaciela – wyjaśniłem, rozglądając się po domu.
- Dobrze, że Jack'a nie ma. - powiedziała – Proszę nie wychodź dziś ze swojego pokoju, postaram się mu wszystko wyjaśnić jak wróci. - dodała.
Kiwnąłem tylko głową i wszedłem na górę. Jej postawa szczerze mnie zdziwiła. Nigdy się tak nie zachowywała... a może ja nie chciałem tylko tego zauważyć? Teraz nie to było dla mnie ważne. Rzuciłem plecak pod biurko i wyjąłem gitarę z pokrowca. Zacząłem delikatnie szarpać struny palcami, wykonując moją ulubioną piosenkę. Przez resztę dnia nic innego nie robiłem. Zawsze gra, sprawiała mi wielką przyjemność. Wieczór przyszedł szybciej niż się spodziewałem. Położyłem się dość wcześnie, jednak nie mogłem zasnąć. Czułem się jakbym rozstał się z kimś bliskim, lub stracił coś cennego, a były to przecież zwykłe tabletki. Zwykłe, małe tabletki...




sobota, 21 stycznia 2012

3. Nic więcej nie możemy zrobić...

Tym razem obudziłem się z powodu jasnego światła, rażącego moje oczy. Wpadało ono przez duże okno. Z tego co zobaczyłem przez nie, stwierdzić można było że na zewnątrz jest ciepło i słonecznie. Zwlokłem się z łóżka, tracąc równowagę i prawie spadając na ziemię. Był piątek. Ubrałem się i doprowadziłem włosy do jako takiego ładu, po czym wyszedłem nie jedząc nawet śniadania. Byłem zaskoczony, że przed moim domem stał czerwonowłosy chłopak. Do umówionej pory było jeszcze jakieś piętnaście minut, mimo to stał wpatrzony gdzieś w dal z rękoma w kieszeniach.
- Hej! - powiedziałem, uśmiechając się.
- Cześć – odpowiedział obracając się powoli w moim kierunku.
Razem dotarliśmy do szkoły, prowadząc trochę bezsensowną rozmowę o niczym. Lekcje płynęły tak samo jak wcześniej. Zdarzało nam się chwilę rozmawiać, jednak zawsze i mam wrażenie że umyślnie, przeszkadzała nam Nansy. Zauważyłem że Alice Canavan i Gerard są dobrymi przyjaciółmi. Zdawało się że rozumieją się bez użycia zbędnych słów. Minuty, godziny, a nawet dni mijały mi na niezmiennej monotonii. Zaczynałem przyzwyczajać się do tego, ale wciąż czułem jakiś niedosyt, jeśli chodziło o czerwonowłosego. Ewidentnie trzymał mnie od siebie na dystans. Po wydarzeniu w parku stał się jakby ostrożniejszy. Nie dodawał zbędnych epitetów do swoich już i tak skromnych wypowiedzi, ani nie przybliżał mi żadnych informacji o sobie. Po prostu nie chciał wpuścić mnie do swojego świata, ja za to nie chciałem być namolny. Wszystko zdawało się już pozostać niezmiennie nudne i przewidywalne, gdy nagle harmonię tę zachwiało nieoczekiwane wydarzenie. Tak samo jak każdego ranka, dotarłem do szkoły wraz z Gerardem. Rozmowa nie kleiła się co wcale nie było dla mnie zaskoczeniem. Minął ponad tydzień od mojego przeniesienia się tutaj. Tak samo jak pierwszego dnia, lekcję rozpoczynała chemia z wychowawczynią. Pani Hopkins zaczęła zajęcia od odczytania listy. Kolejno wymieniała wszystkie nazwiska uczniów klasy 1b w kolejności alfabetycznej.
- Canavan Alice – rozległo się w klasie, jednak nikt nie odpowiedział.
Gerard z niepokojem spojrzał na puste miejsce pod ścianą, zwykle zajmowane przez ową dziewczynę.
- Może jest chora? - podsunąłem beztroskim głosem.
Dla mnie było to dość normalne, że uczeń nie pojawia się w szkole. Czerwonowłosy pokiwał głową zaprzeczając.
- Wczoraj wszystko było dobrze, a Alice nigdy nie choruję. - powiedział.
Lekko zdziwiło mnie to co usłyszałem, ale mimo wszystko szukałem jakiegoś wyjaśnienia.
- Przecież każdy czasem choruje.
- Znam ją od gimnazjum. Nigdy dotąd nie miała nawet kataru. - odpowiedział z troską w głosie.
Lekcja zdawała ciągnąć się w nieskończoność. Gdy wreszcie dało się słyszeć dzwonek, chłopak zerwał się z miejsca i sięgając po plecak wyszedł. Z trudnością dogoniłem go w korytarzu na dole. Kierował się w stronę drzwi wyjściowych.
- Zaczekaj! - krzyknąłem, próbując go zatrzymać. - Gdzie idziesz?
- Sprawdzić co z Alice. - opowiedział szorstko.
- A lekcje? - spytałem, chodź to zbytnio mnie nie obchodziło.
- Mam je gdzieś – powiedział.
- To może pójdę z tobą? - zapytałem, wychodząc wraz z nim ze szkoły.
- Jak chcesz – rzucił, kierują się w przeciwnym kierunku niż znajdował się mój dom.
Nie pytałem się dokąd idziemy, tylko podążałem za nim mijając zupełnie obce miejsca i budynki. Kawałek od szkoły zatrzymaliśmy się przed dużym, ładnym domem. Najwyraźniej mieszkała tu Alice, jednak nie spytałem o to nagłos. Chłopak podszedł do jasnych drzwi i zadzwonił dzwonkiem, znajdującym się obok nich. Po jakimś czasie odtworzyła niska kobieta, o włosach o tym samym odcieniu co jej córka. Była tak podobna do niej, że oczywistym było faktem, że jest jej matką. Była roztrzęsiona, a na jej pulchnej twarzy malował się strach. Na widok Gerarda, powiedziała...
- Och, Gerard. Jak dobrze że jesteś...
- Proszę pani, co się dzieje z Alice? - jego głos był dziwnie niepewny.
- Ona... - zdawało się że kobieta zaraz się rozpłacze. - Alice miała wypadek, gdy szła do szkoły.
Po tym co usłyszał, czerwonowłosy zamarł w osłupieniu. Kobieta złapała go za rękę i rzuciła do nas obydwu „chodźcie, właśnie do niej jadę”. Czułem się dość głupio w obcym samochodzie,jadąc do szpitala z roztrzęsionym chłopakiem i nieznanym rodzicem. Nie wiedziałem jak na to wszystko zareagować. Siedziałem w milczeniu, obserwując jak napięcie z upływem czasu narasta. Zdawało się być ono namacalne. Gdy dotarliśmy wreszcie do dużego, białego budynku szpitala wysiedliśmy. Szedłem za nimi jak owca za pasterzem, rozglądając się po białych, głośnych korytarzach. Słychać było tu rozmowy lekarzy i pacjentów, czuło się zapach kawy i niezidentyfikowanych maści, oraz dostrzegało się, mizerne twarze chorych. Nigdy nie lubiłem szpitalnej atmosfery. Tak dużo bodźców, przytłaczało mnie. Doszliśmy do recepcji w której chudy, wysoki mężczyzna poinformował nas o tym, gdzie znajduje się dziewczyna. Gerard szedł przodem, szukając odpowiedniej sali. Gdy do niej dotarliśmy, to co zobaczyłem było dla mnie wstrząsem. Blada jak papier dziewczyna leżała na, równie jasnym łóżku, praktycznie się z nim zlewając. Jej oczy były zamknięte, a ciało i czarne włosy pokryte krwią. Jej policzki zdobiły liczne siniaki i otwarte skaleczenia. Oddychała prze specjalną maskę, jednak był to oddech słaby i ledwie zauważalny. Wokół kręciły się dwie pielęgniarki i lekarz, podający im krótkie instrukcje. Te na zmianę dokręcały coś, przecierały krew i wstrzykiwały różne płyny Alice. Do pasa, dziewczyna zakryta była kołdrą. Jej klatka piersiowa, unosiła się ledwie dostrzegalnie. Nie potrafiłem zrozumieć tego co robią ludzie w białych fartuchach przy niej, jednak fakt że jest w ciężkim stanie był oczywisty. Aparatura do której była podłączona pikała, wyświetlając dziwne ciągi liczby i symboli. Spojrzałem na sztywno stojącego obok, chłopaka. W jego oczach dostrzegłem łzy, które z trudem powstrzymywał. Matka dziewczyny zaczęła głośno płakać, powtarzając wciąż te samo zdanie, „dlaczego ona?” Po jakimś czasie z pokoju wyszedł lekarz, a tuż za nim obydwie pielęgniarki. Gerard podszedł do niego z nadzieją w głosie pytając co z Alice.
- Nic więcej nie możemy zrobić. - usłyszał w odpowiedzi, spokojny ton mężczyzny.
Czerwonowłosy, przestał się powstrzymywać, a jego policzek zrobił się wilgotny. Lekarz skinieniem głowy wskazał białe drzwi za sobą. Nie czekając na nic Gerard wszedł do środka. Matka dziewczyny opadła bezradnie, na krzesło stojące pod przeciwległą ścianą. Nie chcąc słyszeć jej pełnego, bezradności szlochu, poszedłem w ślady czerwonowłosego. Słyszałem jak walczy z łzami i widziałem jak jego ciałem wstrząsając dreszcze. Gdy wpatrywał się w z każdą chwilą słabnącą dziewczynę, opadł na kolana i złapał ją za rękę, w którą wbity był wenflon podłączony do kroplówki. Po chwili poczułem słony smak na ustach. Przetarłem wierzchem dłoni twarz. Urządzenie znajdujące się najbliżej Alice, pikające miarowym tempem, pokazywało linie odpowiadające za prace serca. Pikanie, zaczynało zwalniać. Stopniowo, sprawiając nieuzasadniony ból uszom i świadomości, która już wiedziała co to oznacza. Płacz chłopaka przy łóżku stał się głośniejszy. Powoli podszedłem do niego. Położyłem rękę na jego ramieniu, które wciąż trzęsło się jakby z zimna. Chciałem coś powiedzieć, jednak żadne słowa nie potrafiły wyrazić tego co chciałem. Nagle dźwięk aparatury przerwał się, powodując nagłą ciszę. Słyszałem jedynie Gerarda i swój własny oddech. Nie wiem jak długo czasu spędziliśmy opłakując dziewczynę, jednak gdy udało mi się wyprowadzić Gerarda ze szpitala, pozwalając pożegnać się matce z córką było już ciemno. Padał lekki deszcz, a chmury zakrywały wszystkie gwiazdy.
- Odprowadzę cię – powiedziałem cicho.
Szliśmy w milczeniu. Było mi trudno wytrzymać tą bezradność. Nienawidziłem tego uczucia. Wiedziałem, że nic nie mogliśmy zrobić, że po prostu musiało tak być, a jednak z drugiej strony byłem na siebie zły, że do tego doszło. Gdy dotarliśmy pod drzwi dużego domu, zdążyłem całkiem zmoknąć. Chłopak trzęsącymi się rękoma otworzył drzwi i wszedł do środka, nie zamykając ich za sobą. Przekroczyłem próg i znalazłem się w bogato urządzonym królestwie Gerarda. Za nim doszedłem do salonu, w którym bezradnie osunął się na ziemię. Wpatrywał się przed siebie, a z jego oczu płynęły nowe łzy. Kucnąłem obok niego.
- Przykro mi... - zdołałem wykrztusić przez zaciśnięte gardło.
- Była moją najlepszą... jedyną przyjaciółką... - usłyszałem jego ciche, pełne żalu słowa.
Objąłem go i pozwoliłem by zmoczył moją bluzę. Nic w tej chwili nie było dla mnie ważne. Liczyło się tu i teraz.
- Tak bardzo chciałbym móc cię pocieszyć, lub chociaż zabrać część twojego bólu... - szepnąłem bez namysłu.
Już nic nie czułem. Miałem wrażenie, że to ciało już nie należy do mnie. Nie czułem chłodu łez na ramieniu, nie czułem bólu, ani smutku, a jedyne co dostrzegałem to czerwone włosy tuż obok. Gerard cofnął się by na mnie spojrzeć. Jego oczy były zapuchnięte od płaczu.
- Nie możesz... - mruknął.
- Wiem i dlatego to takie trudne...
Chłopak przysunął się do mnie obejmując mój tors mocniej. Jego twarz znajdowała się tuż obok mojej. Jego cera była nieskazitelni gładka, a poszukiwanie jakiejkolwiek skazy było bezcelowe. Usta miał lekko rozchylone. Czułem na swoich wargach jego ciepły oddech. Po plecach przebiegły mi ciarki. Nagle do mojej głowy uderzyła nieprawdopodobna myśl. Pragnąłem go... Nasze usta połączyły się w delikatnym pocałunku. Stało się to tak nagle, że nawet nie byłem pewien kto do tego doprowadził. Żadne z nas nie cofało się, ani nie przerywało tego. Czułem ciepło jego ciała, słyszałem jego przyśpieszony oddech, widziałem piękne, złote oczy... W tej chwili tylko tego pragnąłem. Chciałem zatopić się w głębi jego oczu. Muskaliśmy nawzajem swoje usta. Zaczęło mi być gorąco, jednak wystarczała mi ta pieszczota. Gdy przerwaliśmy chłopak wstał chwiejnie i trzymając mnie za rękę zaprowadził do przestronnej sypialni. Nie zwracałem uwagi na jej wygląd. Liczył się tylko on. Położyliśmy się na dwuosobowym łóżku, wtulając się w swoje rozgrzane ciała. Już zawsze chciałem czuć to ciepło... Już zawsze chciałem być z nim... Już zawsze chciałem zasypiać w jego ramionach...

wtorek, 17 stycznia 2012

2. Nie mówmy już o tym...

Ze snu wyrwał mnie dźwięk budzika, stojącego na dole. Prawie się wywracając, zszedłem z łóżka i wyłączyłem go. Była 6:30. Największym minusem chodzenia do szkoły, była właśnie wczesna pora wstawania. Z kiepskim humorem przebrałem się w czarne rurki i brązową bluzkę z buźką wystawiającą język. Ręką przeczesałem potargane, ciemne włosy i sięgnąłem po zielony bezrękawnik i czarny plecak. Najciszej jak potrafiłem zszedłem po schodach. Wszyscy jeszcze spali co ułatwiło mi dostanie się do kuchni. Tam zrobiłem sobie kanapkę, którą zjadłem od razu. Napiłem się jeszcze wody po czym wyszedłem. Gdy przekroczyłem próg, moją twarz omiotło rześkie, wiosenne powietrze. Ruszyłem przed siebie, wiedząc że mam jeszcze dość sporo czasu. Podróż wydawała mi się krótsza niż wczorajsza, ale może to dlatego że z moich myśli, nawet na chwilę nie odstępował czerwonowłosy chłopak. Gerard, pomyślałem, a cichy głosik w głowie, powtórzył to imię kilkakrotnie jak echo. Chciałem wiedzieć o nim więcej. Znaliśmy się ledwo jeden dzień, a ja już widziałem w nim przyjaciela. Pomiędzy szarymi budynkami dostrzegłem ten właściwy, jednocześnie sąd i więzienie. Gdy wszedłem do środka od razu „zaatakowała” mnie Nansy.
- Cześć – powiedziała radośnie, szczerząc białe zęby.
- Hej – odpowiedziałem z dużo mniejszym zaangażowaniem. Dziewczyna jednak nie dostrzegła w tym powitaniu niechęci i dalej się uśmiechała mówiąc coś, co jednak nie specjalnie mnie interesowało. Po chwili przypomniało mi się coś bardzo ważnego więc spytałem – Czemu wszyscy boją się Gerarda?
- Ponieważ... - uśmiech znikł z jej drobnej twarzy, a zastąpił go wyraz niepewności – Dwa lata temu zabił swojego ojca... - dokończyła.
Byłem tak zszokowany, że aż zatrzymałem się na środku korytarza. Wpatrywałem się w blondynkę, starając się dostrzec w jej twarzy ślad uśmiechu, w nadziei że jest to tylko głupi żart, jednak niczego takiego nie zauważyłem.
- Ale... jak to? - zdołałem wykrztusić.
- Nikt do końca nie wie... - odparła ruszając. Podążyłem za nią, słuchając uważnie każdego słowa. - Jego ojciec i on byli w kiepskich relacjach. Pewnego dnia pokłócili się i zaczęli szarpać. Oficjalna wersja jest taka, że Way pchnął go nożem w obronie własnej. - dokończyła.
Poczułem ulgę słysząc ostatnie dwa słowa. Teraz rozumiałem czemu wszyscy są nastawieni do niego tak nieufne, ale żeby się go bać? Już nie odzywałem się do dziewczyny, tylko podążałem za nią do klasy. Gdy zadzwonił dzwonek wszyscy wlali się do niej. Gerarda dostrzegłem dopiero w środku. Miał na sobie czarną kurtkę ze skóry i jasne rurki. Kilka lekcji minęło mi na wpatrywaniu się w niego z sąsiednich ławek. Wreszcie przeszedł czas na biologię, którą bardzo lubiłem, co wcale nie oznaczało że byłem z niej dobry. Gdy po dzwonku wszedłem do sali zauważyłem ograniczoną liczbę ławek. Tak jak myślałem wolne było jedynie miejsce obok jakiegoś kujona i czerwonowłosego. Zająłem to drugie witając się cicho. Chłopak odpowiedział niewyraźnym mruknięciem, co zapewne miało oznaczać „hej”. Nauczycielka, która była brunetką średniego wzrostu kazała otworzyć podręczniki. Chwilę kartkowałem go w poszukiwaniu odpowiedniej strony, po czym zatrzymałem się na świetnie wykonanej fotografii brązowego wilka. Chwilę wpatrywałem się w nią, po czym usłyszałem lekko zdziwiony głos Gerarda.
- Wiesz że to nie ta strona?- spytał, patrząc na mnie jak na małe, zacofane dziecko.
- Tak – odpowiedziałem i usprawiedliwiłem się szybko znów spoglądając na fotografię – Po prostu uwielbiam wilki.
- A co w nich jest takiego wspaniałego? - powiedział podążając za moim wzrokiem.
- Sam nie wiem. - mruknąłem – Zawsze kojarzyły mi się z pięknem i wolnością.
- Wolnością... - powtórzył cicho, wciąż spoglądając na zdjęcie.
Kiwnąłem głową, nie potrafiąc tego wyjaśnić.
- Gdy słyszę słowo „wilk” wyobrażam sobie piękne, białe stworzenie biegnące przez las, pokryty śniegiem. Zwinnie omijającego drzewa morderce, który nigdy się nie zatrzymuje. Zwierze które niezależnie dokąd się uda, zawsze będzie wolne, z dala od zgiełku i prawa. Chciałbym móc być takim wilkiem, biegnącym bez celu, mającym aż nadmiar czasu i czyste myśli skupione na nieustannym podążaniu za niczym... - powiedziałem czując się jakbym mówił to sam do siebie.
Gdy spojrzałem na Gerarda dostrzegłem na jego twarzy szczery uśmiech. Patrzył przed siebie, z wyrazem triumfu, jakby właśnie odkrył jak dostać się na słońce i nie zginąć po drodze. Gdy wreszcie zerknął na mnie powiedział po prostu...
- Mógł byś być poetą, lub filozofem. - po czym zaśmiał się cicho.
Dołączyłem do niego, sprawdzając czy nauczycielka nas nie słyszy, jednak ta była zajęta pisaniem czegoś na tablicy. Poza tym siedzieliśmy w ostatniej ławce. Gdy dzwonek oznajmił zakończenie lekcji chłopak zerwał się z miejsca rzucając mi krótkie...
- Dzięki!
Mówiąc to nadal się uśmiechał. Nie wiedziałem o co mu chodzi, jednak byłem zadowolony, że w czymś mu pomogłem. Wyszedł z sali tak szybko, że nie zdążyłem zobaczyć dokąd idzie. Rozglądałem się chwilę za nim, jednak nigdzie w pobliżu go nie było. Pomału zszedłem na dół. Zobaczyłem jak Nansy wychodzi ze szkoły i dopiero ruszyłem do domu, jednak tuż za progiem drzwi zatrzymał mnie znajomy głos.
- Frankie! - Stanąłem w miejscy, obracając się w stronę Gerarda, zmierzającego szybkim krokiem w moją stronę. - Gdzie mieszkasz? - dodał dorównując mi i ruszając wraz ze mną w tym samym kierunku.
- Przy Nesbit Street, a co? - powiedziałem uśmiechając się.
- Mieszkam kawałek dalej, przy Forget Alley. Mogę cię odprowadzić – zaproponował.
Pokiwałem głową zadowolony. Chwilę szliśmy w milczeniu.
- Za co mi dziękowałeś? – spytałem, przerywając ciszę.
- Za pomysł – opowiedział – Ale nic więcej nie mogę ci powiedzieć.
Zupełnie nie wiedziałem o co mu chodzi. W myślach dokładnie przestudiowałem lekcję biologi, jednak nic z tego nie wywnioskowałem. Mijając kolejne sklepy czułem narastającą potrzebę spytania go, o coś bardzo ważnego.
- Co się stało z twoimi rodzicami? - powiedziałem w końcu.
Chłopak spojrzał na mnie, a z jego twarzy znikły wszelkie oznaki tego, że przed chwilą znajdował się na niej uśmiech. Jego oczy wypełnił smutek, a niezręczna cisza która zapanowała między nami, zdawała się być namacalna.
- Przepraszam – powiedziałem spuszczając głowę – Nie powinienem pytać.
- To żadna tajemnica – odpowiedział – Ale to nie takie łatwe o tym mówić.
- Nansy powiedziała mi, że... - nie potrafiłem wypowiedzieć tych słów. Tak bardzo nie pasowały do niego. Tych radosnych, czerwonych włosów i pięknych złotych oczu. Właściwie to czemu uważałem że są piękne?
- Że zabiłem swojego ojca – dokończył.
Złapał mnie za nadgarstek i pociągnął za sobą do parku. Nie opierałem mu się, tylko podążałem, ze zdziwieniem za jego śladem. Gdy znaleźliśmy się między drzewami, ławkami i alejkami puścił mnie i odwrócił się w moją stronę. Wokół niego roztaczała się aura smutku i tego faktu nie zmieniał nawet jego wielobarwny styl. Nie mogąc wytrzymać jego spojrzenia, spuściłem głowę i wpatrzyłem się w czubki swoich trampek. Było mi głupio że to powiedziałem. Chciałem przeprosić za tamto i wrócić do normalnej konwersacji, ale jednak gdy już zamierzałem to zrobić, usłyszałem cichy głos chłopaka.
- Tak, zabiłem własnego ojca... - powiedział – Tego wieczoru pokłóciliśmy się...
Słuchałem z uwagą jego melodyjnego głosu. Spojrzałem w jego oczy. Gdy mówił to wszystko patrzył gdzieś w bok, jakby nie chciał widzieć wyrazu mojej twarz. Nie musiał mi tego wyjaśniać, a jednak robił to.
- Zaczął mną szturchać i krzyczeć. Czułem się... czułem... strach. To wszystko wydarzyło się tak szybko. Instynktownie sięgnąłem po nóż... po prostu w biłem go w jego klatkę piersiową... tak po prosu... - każde słowo zdawało się sprawiać mu coraz więcej trudu i bólu. - Broniłem się... - skończył.
- Ja... - nie wiedziałem co mam powiedzieć, ale rozważania przerwał mi kontynuując.
- To uniewinniło mnie od wszystkich zarzutów, ale po tym wszystkim straciłem nie tylko ojca. Matka odseparowała się ode mnie, a dom zostawiła mi na własność. Najgorsze jest chyba to, że zabrała mi także jedynego brata...
- Gerard... tak mi przykro – wykrztusiłem.
Czułem się podle. Użalałem się nad sobą, a inni ludzie mieli dużo trudniejsze życie ode mnie. Nie wiedziałem co jeszcze mogę zrobić. Chciałem móc go objąć, pocieszyć, ale nie potrafiłem. Stałem w miejscu wpatrując się w pojedynczą łzę, płynącą po bladym policzku Gerarda. Po chwili odważyłem się zareagować, ruchem dłoni wytarłem ją i bez zastanowienia objąłem chłopaka. Czerwonowłosy odwzajemnił uścisk. Uśmiechnąłem się przelotnie pod nosem i powolnymi ruchami głodziłem jego kark. Tkwiliśmy tak przez chwilę po czym odsunąłem się lekko.
- Nie mówmy już o tym. - powiedziałem stanowczo, uśmiechając się znów zachęcająco.
Chłopak odpowiedział skinieniem głowy, a jago twarz wyraźnie się rozjaśniła. Ruszyliśmy przed siebie i zaczęliśmy, z początku nie klejącą się rozmowę. Po jakiś dwudziestu minutach, śmialiśmy się już razem z marnych dowcipów. Chłopak odprowadził mnie okrężną drogą, prawie pod same drzwi i zaproponował wspólne wyjście do szkoły. Gdy już dogadaliśmy się o której się spotkamy, wszedłem do domu żegnając się krótko. W progu przywitał mnie zdenerwowany głos Jacka.
- Gdzie się tyle czasu szwendałeś?! - krzyknął, wychodzą z salonu.
- Byłem na... spacerze – opowiedziałem najbardziej beztrosko, jak tylko potrafiłem.
- Spójrz na zegar! Powinieneś teraz siedzieć przy książkach, a nie łazić gdzie cię nogi zaniosą! - powiedział nieco spokojniej, po czym wrócił tam skąd przyszedł.
Kusiło mnie żeby powiedzieć, że mówi się „poniosą”, jednak nie zrobiłem tego. Zza drzwi kuchni wyjrzała do mnie matka i rzuciła przeciągłe, przepraszające spojrzenie. Nawet nie kiwnąłem głową, tylko wdrapałem się na piętro do swojego pokoju. Rozejrzałem się w nim. Łóżko piętrowe, pod nim biurko, po drugiej stronie szafa, a naprzeciwko drzwi, okno i gitara. Nic się nie zmieniło. Właściwie, co miało się zmieniać? Żeby bardziej nie zdenerwować Jacka nie dotykałem się do Pansy, mojej gitary. Zrobiłem to samo co wczoraj, czyli odrobiłem lekcje i spakowałem plecak. Gdy przebrałem się w pidżamę było już dość późno, więc po prostu poszedłem spać. Zasnąłem wpatrując się w imię napisane na suficie, myśląc o jego właścicielu i o tym co zrobił...

1. Masz talent...

Bez pośpiechu przemierzałem ciche ulice miasta Pawntucket, kierując się do szkoły. Wszystko w tym miejscu wydawało się boleśnie obce. Tęskniłem za domem, przyjaciółmi i Stacy. Byliśmy parą od dwóch tygodni, a już musieliśmy się rozstać. Nienawidziłem swojej matki i jej chłopaka za to, że zmusili mnie do przeprowadzki. Cały dzień był przeze mnie z góry skazany na porażkę. Nawet poranek był tragedią. Jack obudził się gdy schodziłem po schodach więc wina skrócenia jego drogocennego snu spadła od razu na mnie. Moja matka, Lusi ani go nie popierała, ani też mnie nie broniła przed krzykiem tego napakowanego debila. Nie mam pojęcia jakim cudem zgodziła się żeby u nas zamieszkał, ale teraz próba wywalenia go groziła siniakami i kto wie czym jeszcze. Nie opłacało się brać tabletek na uspokojenie tak wcześnie bo w nowej szkole zachowywał bym się pewnie jak naćpany, a nie przyjść pierwszego dnia nie wypadało. Uzależnienie jednak sprawiło, że wziąłem kilka tabletek ze sobą. Gdy mijałem kolejne puste uliczki przypomniałem sobie z jaką radością biegłem do starej szkoły. W niej znajome twarze, łatwowierni nauczyciele i Stacy. Już niedługo mieliśmy się ze sobą przespać, ale w jednej chwili wszystko jakby się zawaliło na moją głowę.
- Przeprowadzamy się. - głos matki cały czas brzęczał mi w głowie, jak jakiś natrętny komar. Pewnie zmieniliśmy naszą przyjemną okolicę na tę zasraną dziurę dla pieniędzy. Tam już pewnie żaden frajer nie chciał się z nią bzykać za kasę. To że była dziwką wiedziałem chyba od zawsze, a świadomość, że nigdy mogę się nie dowiedzieć kim jest mój prawdziwy ojciec już nie napawała mnie taką złością jak kiedyś. I tak pewnie był to jakiś nadziany idiota. Wreszcie zobaczyłem spory, biały budynek obok którego znajdowało się boisko do piłki wokół którego biegła bieżnia. Spojrzałem na niego nie kryjąc odrazy. Przyśpieszyłem mając nadzieję na nie spóźnienie się. Ominąłem grupkę palaczy, po czym przekroczyłem próg szklanych drzwi. Od razu znienawidziłem to miejsce. Znalazłem się w dość długim. Białym korytarzu. Wzdłuż ścian ustawione były czarne szafki. Podłoga była podobna do zwykłego, ulicznego chodnika. Skierowałem się przed siebie mijając grupki nastolatków rzucających na mnie krótkie, zaciekawione spojrzenia. Doszedłem do zakrętu który po kilku metrach kończył się schodami. Wszedłem na nie z nadzieją na szybkie odnalezienie właściwej sali. Według planu, który dostałem pierwsza była chemia z której byłem całkiem dobry. Całość budynku była prostokątem. Po lewej stronie drzwi były jeszcze jedne schody prowadzące na drugie piętro gdzie, jak zostałem poinformowany, była sala gimnastyczna. Wzdłuż okien ustawione były długie, ciemnobrązowe, drewniane ławki. Tu także ściany były białe, a podłoga miała taki sam kolor jak szafki na parterze. Monotonia tego miejsca zdawała się razić w oczy. W kątach korytarzy i na ławkach stali, bądź siedzieli uczniowie ubrani w szare, lub pastelowe barwy. Nigdzie nie dostrzegłem ani cienia kreatywności, czy oryginalności. Chciałem móc stamtąd wybiec, wziąć paczkę tabletek i zapomnieć o tym koszmarnym miejscu. Zmusiłem się by iść dalej. Czułem się jak clown, ponieważ miałem na sobie lekki makijaż, czarną koszulkę i czerwone rurki. Ewidentnie nie pasowałem do tego miejsca. Mijając kolejne pary drewnianych drzwi z wywieszonymi tabliczkami informującymi o numerze pracowni, coraz bardziej chciałem stamtąd uciec. Ten jeden dzień, jeden dzień, powtarzałem w myślach. Nie zamierzałem jutro się tu pojawiać, ani w najbliższym czasie. Po chwili budynek wypełnił irytujący, głośny dźwięk dzwonka. A jednak się spóźnię. Wszyscy ruszyli do swoich klas co spowodowało małe zamieszanie. Tylko ja jeden nie wiedziałem w którą stronę mam się skierować. Ruszyłem przed siebie, aż w końcu zauważyłem wejście do sali numer 16. To tu, pomyślałem i skierowałem się w jej stronę. Na zewnątrz nikogo nie było, co oznaczało że wszyscy są już w środku. Pośpiesznie zapukałem w drzwi i po usłyszeniu stłumionego „proszę”, wszedłem do środka. Sala wyglądała dokładnie tak jak ją sobie wyobrażałem. Białe ściany, czarna podłoga, proste dwuosobowe ławki. Przy oknie stało spore biurko na którym znajdował się srebrny komputer. Leżały tam też różne przybory i sterta równo poukładanych papierów. Tablica wisiała na prawej ścianie od wejścia, była już częściowo zapisana kilkoma przykładami. Zdążyłem jeszcze zauważyć czarno-białe plakatu wiszące na ścianach, pełne najróżniejszych wzorów chemicznych.
- Dzień dobry – powiedziałem cicho, co było jednak wyraźnie słyszalne w całe pracowni, ponieważ po moim wejściu zapadła cisza. Wszyscy wlepiali we mnie zaciekawione spojrzenia.
- Dzień dobry. - odpowiedziała bardzo chuda blondynka, stojąca przy tablicy. Na oko miała jakieś czterdzieści parę lat. Była dość niska, zresztą tak samo jak ja. Odniosłem wrażenie, że za długo siedziała w solarium. Ubrana była w szare, szerokie dżinsy, białą koszulę i granatowy szal, który dodawał jej babcinego wyglądu.
- Przepraszam za spóźnienie. - dodałem.
- Mam nadzieje że to pierwszy i ostatni raz. - odparła sarkastycznie. - Nazywam się Welma Hopkins. Moi drodzy... - dodała pod adresem reszty uczniów. - To wasz nowy kolega, Frank Iero. - Niektórzy zaczęli szeptać między sobą, ale nauczycielka uciszyła ich morderczym spojrzeniem ciemnych oczu. W pierwszych ławkach siedziało kilku kujonów, za nimi napakowani „przystojniacy” z wymalowanymi laluniami, a reszta z tyłu. Tak jak i na korytarzu wszystko było tu szare i ponure. Nie przyglądałem się obcym twarzom, ponieważ nie przyszedłem tu w celach towarzyskich.
- Możesz zająć jakieś wolne miejsce. - powiedziała pani Hopkins i wróciła do swojego wykładu, który najwyraźniej jej przerwałem. 
Przez chwilę rozglądałem się za pustym krzesłem po czym skierowałem się na tyły pracowni. Gdy spojrzałem w kąt klasy moje oczy jakby oślepiła ostra czerwień. W ostatniej ławce przy oknie na tle szaro-białego otoczenia jakby promieniowały czerwone, potargane włosy. Podszedłem do ich właściciela, który okazał się bladym chłopakiem o nieobecnym spojrzeniu, złotych oczu. Zdawało się że wessał wszystkie kolory tego miasta. Ubrany był w jasno niebieską koszulkę z napisem „Live fast, die young”, czerne rurki i również czarne bez palcówki. Wpatrzony był w coś za oknem, czego jednak ja nie mogłem dostrzec. Miejsce obok niego było wolne więc po cichu zająłem je mrucząc krótkie:
- Hej... - chłopak nie odpowiedział, dalej spoglądając na szare ulice na zewnątrz, tylko prawie niezauważalnie kiwnął głową. Po rozpakowaniu się zacząłem mazać w zeszycie. Zastanawiałem się skąd pomysł na taki kolor włosów. Tak na prawdę nie interesowało mnie tylko to. Wydawał się być wyciągnięty z kolorowej bajki dla dzieci. Nie pasował tu, tak samo jak ja. Czułem że coś nas łączy i nie było to wcale zamiłowanie do kolorowych ubrań.
- Jak się nazywasz? - spytałem cicho po jakimś czasie. Starałem się mówić to obojętnym głosem, ale od chwili w której usiadłem obok niego, chciałem wiedzieć o nim dużo więcej niż tylko jak się nazywa. Spojrzał na mnie bez zainteresowania. Odniosłem wrażenie że prześwietla mnie wzrokiem. 
- Gerard – mruknął. Miał poważny, ale mimo wszystko uprzejmy głos. Przez głowę przebiegła mi myśl, że penie świetnie śpiewa. - Way. - dodał, wyrywając mnie z rozmyślań.
Kiwnąłem głową w odpowiedzi. Jeszcze chwilę wpatrywał się we mnie po czym wrócił do wyglądania za okno. Chemia minęła całkiem szybko. Zresztą lekcji nie było tak miło. Jakby na złość dostałem jedynkę z matmy, a nawet usprawiedliwianie się nagłą zmianą szkoły u nauczycielki nie miało sensy. Matematyczka była bowiem uparta i bezwzględna. Zdziwiło mnie że Gerard właściwie z nikim nie przebywał, anie nie rozmawiał. Reszta uczniów nie zwracała na niego uwagi, chyba że przechodził tuż obok nich. Wtedy obrzucali go nieufnymi, a nawet lekko przestraszonymi spojrzeniami. Cały czas szkicował coś w zeszycie. Siedząc na przerwie, na twardej ławce wpatrywałem się to w czubki w butów, to na czerwonowłosego chłopaka. Po chwili spostrzegłem podchodzącą do niego drobną dziewczynę. Usiadła obok niego na ziemi i zerknęła na brudnopis leżący na jego kolanach. Miała długie kruczo czarne włosy z grzywką zasłaniającą jedno oko, również była blada. Na sobie miała przydużą, czarno-białą bluzę futbolową, szare rurki i martensy. Delikatnie się uśmiechała komentując jakiś rysunek Gerarda.
- Hej! - usłyszałem nagle obok. Głos wyrwał mnie z rozmyślań tak nagle, że mało co nie krzyknąłem.
- Hej... - odpowiedziałem cicho spoglądając na właścicielkę piskliwego powitania. Była to średniego wzrostu blondynka. Na nosie i policzka miała kilka piegów.
- Jestem Nancy Chesterfield – przedstawiła się siadając obok, nie pytana o pozwolenie. Na jej twarzy widniał szeroki uśmiech. Przez moją głowę przebiegła myśl że wygląda trochę jak sklepowy manekin.
- A ja Frank. - odpowiedziałem bez przekonania.
- Wiem. Chodzę z tobą do klasy – powiedziała szybko.
- Aha... - mruknąłem nie wiedząc co w tej sytuacji mogę dodać.
- Czemu tak się gapisz na Way'a? - spytała szczerząc przesadnie białe zęby.
- Nie gapię się na niego – zaprzeczyłem bez zastanowienia. Od razu zrozumiałem że chodzi o czerwonowłosego. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że jednak było to kłamstwo.
- Jak chcesz – Dziewczyna zaczęła mnie irytować tym swoim szczebiotem.
- Czemu nie ma przyjaciół? - spytałem wykorzystując ją jako informatora.
- Ma jedną przyjaciółkę, nazywa się Alice Canavan. - odpowiedziała wskazując ruchem głowy czarnowłosą dziewczynę siedzącą obok Gerarda. - Znają się od gimnazjum, reszta się go... boi. - dodała, a przesadny banan zniknął z jej twarzy, gdy wymawiała ostatnie słowo.
- Czemu? - spytałem, ale mój głos zagłuszył dzwonek.
- Musimy iść – powiedziała wstając – Chodź. - Wykorzystałem ją także jako przewodnika. Od razu trafiłem do drzwi z tabliczką z numerem 13. Była to pracownia muzyczno - plastyczna. Były to moje ulubione przedmioty. Gdy tylko przekroczyłem jej próg zamurowało mnie.
- Coś się stało? - spytał nauczyciel. Był to może trzydziestoletni, wysoki brunet. Miał przyjazne zielone oczy.
- Jaka ta sala... - nie wiedziałem jak określić to co zobaczyłem. Właściwie nie istniało odpowiednie słowo. Ściany, sufit i podłoga były czarne, ale prawie w całości pokryte najróżniejszymi malowidłami. Po lewej widniał piękny seledynowy smok, a po prawej błękity jednorożec. Obok niego stał Kapitan Ameryka. Przy niewielkiej tablicy na sporym głazie siedziała syrena o lśniących, właściwie białych włosach, a nad tablicą namalowane było typowe, granatowe grafity. Przy smoku rosło drzewo. Obok drzwi zaś unosił się anioł z rozłożonymi, śnieżnobiałymi skrzydłami. Fragment sufitu pokrywały liście bluszczu.
- Fajna, co? - spytał mężczyzna wyrywając mnie z osłupienia. - Dzieło najlepszych uczniów naszej szkoły. - dodał - Tak w ogóle nazywam się Oliver Cross.
- Frank Iero – powiedziałem podając mu dłoń. Rozejrzałem się po sali. Tylko miejsce obok Gerarda było wolne, więc zająłem je bez zastanowienia
- Niesamowite, prawda? - usłyszałem delikatny głos obok siebie. Spojrzałem na czerwonowłosego. Zaskoczony stwierdziłem że się uśmiecha, przyglądając się dziełom.
- Mało powiedziane. - odparłem. Obok seledynowego smoka było spore, puste miejsce. Chwile przyglądałem się mu, co najwyraźniej zauważył, ponieważ powiedział z dumą.
- To miejsce dla mnie. - wciąż delikatnie się uśmiechał.
- Co tam zrobisz? - spytałem z ciekawością.
- Nie wiem – odparł.
- Dobrze rysujesz? - ciągnąłem, lecz po chwili zdałem sobie sprawę jak głupio musiało to zabrzmieć.
- Zależy – usłyszałem.
- Od rysunku? - podsunąłem
- Od oglądającego. - mruknął. - Każdy postrzega piękno inaczej, inaczej je odbiera i traktuje. Nie każdy potrafi je też docenić. - tłumaczył spoglądając na mnie.
- Mógł bym zobaczyć twoje prace? - spytałem z nadzieją.
Jeżeli jego rysunki były tak piękne jak jego głos brzmiący echem w mojej głowie, to naprawdę były warte namalowania ich na ścianie sali. Chłopak patrzył na mnie, jakby oceniał czy jestem tego wart i po chwili wyjął z niebieskiego plecaka czarny brudnopis. Powoli przesunął go w moją stronę. Na pierwszej stronie był duży ozdobny napis „Gerard”. Przerzuciłem kilka pustych stron i spostrzegłem młodego chłopaka siedzącego pod rozłożystą wierzbą. Rysunek był bardzo szczegółowy. Liście drzewa zdawały się poruszać na wietrze jak prawdziwe, a nastolatek ubrany na szaro był jakby wycięty ze zdjęcia. Chwilę patrzyłem na to po czym znów przełożyłem kilka kartek. Zatrzymałem się na klęczącej dziewczynie trzymającej w ręku róże. Jej twarz ukryta był za ciemnymi włosami. Rysunek był czarno biały, tylko płatki kwiatu miały piękny, czerwony kolor. Dalej było jeszcze kilka prac, między innymi mężczyzna na łódce i szara sylwetka na szczycie wieżowca, przypominająca mi samobójcę. Najbardziej jednak zainteresowało mnie dwóch chłopaków trzymających się za ręce i patrzących sobie w oczy. Wpatrywałem się w to zastanawiając się co przekazuje.
- Są niesamowite – powiedziałem.
- Nie musisz mi schlebiać – odpowiedział Gerard.
- Naprawdę, masz talent – dodałem oddając mu zeszyt.
- Dzięki – powiedział uśmiechając się – Do tej pory powiedział mi to jedynie Pan Oliver i Alice. 
Zabrał zeszyt i schował z powrotem do plecaka. Resztę lekcji spędziliśmy w ciszy wysłuchując przyjaznego głosu nauczyciela, mówiącego o intencjach malarzy współczesnych. Ta sala była przeciwieństwem tego co znajdowało się za jej drzwiami. Była przyjemna, kolorowa i zdawało się że żyje własny życiem, całkowicie odciętym od tego miasta. Po usłyszeniu dzwonka powoli wyszedłem z sali. Kierowałem się do domu bez pośpiechu starając się zapoznać z okolicą. Minąłem park, sklep muzyczny, bibliotekę i tuż za starbooksem skręciłem w prawo. Na końcu ulicy dostrzegłem nieduży, beżowy dom. Nikogo na szczęście nie było w środku, więc skierowałem się do kuchni. Nie bywałem tam często, zwykle tylko po to by zabrać z lodówki coś do jedzenia, bo na matkę nie mogłem pod tym względem liczyć. Pomieszczenia wyglądało jak w jakimś starym filmie. Tradycyjne umeblowanie, brązowe ściany i proste krzesła z dopasowanym drewnianym stołem. Otworzyłem białe drzwi lodówki stojącej pod ścianą. W środku znajdowało się mnóstwo kalorycznych drobiazgów, więc zamiast tego sięgnąłem po jabłko leżące w misce na blacie. Potem skierowałem się do swojego pokoju na piętrze. Ściany były pomalowane na czerwono, podłoga była wyłożona białym dywanem dopasowanym do białych mebli. Przepakowałem plecak na następny dzień i z niechęcią odrobiłem zadaną pracę domową, po czym wdrapałem się na piętrowe łóżko, trzymając w dłoni czerwony marker. Zapatrzyłem się w idealnie biały sufit nade mną i z precyzją malarza, nad swoimi oczami na jego powierzchni napisałem ozdobnym pismem „Gerard”. W domu też tak robiłem, a każdy kolor odpowiadał komu innemu. Zdziwiło mnie to że imię Stacy, jakiś czas wcześniej także napisałem czerwonym kolorem. Zrzuciłem marker na dół, niedbająca o to na co spadnie i dalej wpatrywałem się w znajome pismo nade mną. Teraz wydawało mi się że przedstawia Pawntucket. Całkowicie biały i nudny świat, w którym jedyną oryginalną osobą był właśnie Gerard. Z tą myślą, zmęczony całym dniem udałem się w objęcia Morfeusza...