czwartek, 10 maja 2012

11. Właśnie wybiła, ta czarna godzina...


Czas stał się pojęciem drugoplanowym. Nie liczyły się przesuwające wskazówki zegara, były tylko ozdobą pokoju, który rozpływał się wokół, tworząc morze kolorów. Najjaśniejsze były czerwone włosy przede mną. Nagle dostrzegłem pewien szczegół, który wywołał u mnie śmiech. Oderwałem się od Gerarda i zacząłem się zwijać na kanapie, trzymając się za brzuch. Chłopak odskoczył ode mnie jak poparzony, mrugając nerwowo i szukając wzrokiem źródła mojej reakcji.
- Co jest, Frank? - spytał wciąż zdenerwowany moim wybuchem wesołości.
- Nie no stary... pomarańczowe odrosty?! - wydusiłem z trudem.
Złotooki uśmiechnął się do mnie jak dorosły do dziecka chorego na porażenie mózgowe.
- A co myślałeś, że będą niebieskie? - zapytał z ironią.
Gdy uspokoiłem się na tyle by móc normalnie konwersować, usiadłem prosto i przybrałem minę profesjonalisty.
- A nie powinny być czarne, albo brązowe?
- Oh... widać, że fryzjerem to ty nie będziesz. - westchnął, mierzwiąc mi włosy.
Przysunąłem się z powrotem do niego zarzucając mu ręce na szyję.
- Może, ale za to będę królem kurczaków w KFC. - powiedziałem.
W odpowiedzi uśmiechnął się i przysunął swoją twarz do mojej. Po chwili nasze usta znów były złączone. Zmieniłem pozycje tak, aby siedzieć na kolanach Gerarda. Czułem jak jego dłonie błądzą po moich plecach i znajdują się coraz niżej. Byliśmy tak zaaferowani sobą nawzajem, że nie zauważyliśmy żadnej zmiany w otoczeniu, dopiero czyjś głos oderwał nas od siebie.
- No, no... Gerard. Nie sądziłem, że taki z ciebie macho.
Odwróciłem się gwałtownie, prawie spadając z kanapy. Udało mi się temu zapobiec tylko dzięki czerwonowłosemu, który wciąż trzymał mnie mocno nie zmieniając pozycji. W progu stał mniej więcej w moim wieku, wysoki blondyn. Włosy pokryte żelem zaczesał do tyłu. Zauważyłem pewne podobieństwo między niem, a Gerardem. Głównym tego powodem były jego oczy, także przypominające płynne złoto, jednak był trochę chudszy. Czerwonowłosy zsunął mnie delikatnie na bok, po czym wstał i podszedł do gościa. Oniemiały siedziałem nieruchomo, przyglądając się jak Gee podaje rękę przybyłemu, a chwile później obejmuje go wolnym ramieniem i klepie po plecach. Blondyn odwzajemnił ten niezrozumiały dla mnie przypływ uczuć, uśmiechając się.
- Strasznie się za tobą stęskniłem. - powiedział.
Nagle do głowy przyszło mi, że być może jest to były Gerarda, jednak odegnała te myśl odpowiedź czerwonowłosego.
- Ja za tobą też braciszku.
Wstałem z kanapy i podszedłem do nich niepewnie. Młodszy z braci wyciągnął ku mnie rękę, którą powoli uścisnąłem.
- Frank to mój brat Mikey. Mikey to mój... sam wiesz... Frank. - przedstawił nas sobie starszy z nich.
Usłyszałem w jego głowie lekkie skrępowanie, jednak ja z pewnością byłem dużo bardziej zawstydzony zaistniałą sytuacją.
- Cześć. - powiedziałem.
- Miło mi cię poznać. - odpowiedział Mikey.
- Może ja już pójdę... - zaproponowałem, robiąc krok w stronę wyjścia.
Gerard szybko złapał mnie za rękę i uśmiechnął się.
- No coś ty. Zajmę się tym tutaj. - spojrzał przelotnie na brata. - I do ciebie przyjdę. Zaczekaj na mnie na górze. - dodał.
- No dobra. - burknąłem.
Skierowałem się tam gdzie mi kazał i rozłożyłem się na jego łóżku, chcąc rozluźnić się chociaż trochę. Nowo poznany zachowywał się jakby już kiedyś był w takiej sytuacji. Ta myśl sprawiła, że zacząłem czuć się jeszcze gorzej. Kilka minut potem drzwi tworzyły się i wszedł przez nie gospodarz.
- Przepraszam cię za tę sytuacje. A mówiłem mu żeby dzwonił jeśli chce przyjechać... - westchnął siadając obok mnie.
Uśmiechnąłem się i podniosłem się tak aby nasze twarze znajdowały się na tej samej wysokości. Wplotłem palce w jego włosy i musnąłem wargami jego policzek.
- Do pokoju chyba nie wejdzie bez pukania? - spytałem przelotnie.
- Raczej nie, ale wątpię czy na długo da nam spokój.
Zacząłem pokrywać pocałunkami jego twarz, szyję, a następnie usta.
- Gerard! - rozległo się z dołu.
Chłopak spojrzał w stronę drzwi po czym zerknął na mnie z miną „ A nie mówiłem?”
- Przestałem go lubić odkąd nauczył się mówić.
- Może jednak pójdę? Przyjdę kiedy indziej. - powiedziałem.
Gerard jeszcze raz, czule mnie pocałował po czym wstał.
- Dobra. Do zobaczenia w szkole. - rzucił przez ramię wychodząc.
Ruszyłem chwilę później i dotarłem do drzwi wejściowych wołając „Na razie!” Odpowiedział mi głos blondyna dochodzący z kuchni.
- Gee, a gdzie się podziało mleko?
Zaśmiałem się cicho wychodząc na zewnątrz. Wiatr przywiał ze sobą chłodne powietrze, więc poprawiłem ubranie. Wróciłem do domu myśląc o czerwonowłosym i... jego byłym. Kiedy po raz pierwszy ujrzałem Mikey'a pomyślałem o dawnej miłości Gerarda. Jaki był? Czy dorównuje mu chodź trochę? Co razem przeżyli? Te pytania sprawiły, że zacząłem się czuć bardzo mały. Czy posunęli się dalej niż my dwoje? Czy kiedyś uprawiali seks? Po plecach przebiegł mi dreszcz, a moje ręce zaczęły się trząść. Ogarnęła mnie dziwna złość na myśl o blondynie. Gdyby nie on, może właśnie rozkoszował bym się ciepłem ust czerwonowłosego na swojej skórze. Sięgnąłem po gitarę chcąc skomponować nową melodię, oddającą to co teraz czułem. Między strunami Pansy nie dostrzegłem kostki, więc sięgnąłem do małej kieszonki wewnątrz pokrowca, w którym chowałem kilka. Moje palce zamiast natrafić na cienki plastik, dotknęły dość sporego prostokąta. Wyjąłem go i przyjrzałem mu się z dziwną tęsknotą. Było to białe pudełeczko tabletek, które schowałem do pokrowca na czarną godzinę. Najwyraźniej właśnie wybiła, ta „czarna godzina”. Przez chwilę chciałem po prostu wyrzucić opakowanie, lub odłożyć je na miejsce, jednak nawet nie drgnąłem, za to przyśpieszyło moje serce i oddech. Nie dowie się, pomyślałem. Moje palce mimo mojej woli otworzyły pudełko, by po chwili wyciągnąć z niego zawartość. Pomogła mi przy tym złość na brata mojego ukochanego. Kapsułek było dwadzieścia, o dwadzieścia za dużo jak dla zwykłego nastolatka, który nie ma ADHD. Zacząłem wyciągać jedną po drugiej i wrzucać je do gardła ze łzami w oczach. Nie dowie się... powtórzyłem w myślach. Uzależnienie było silniejsze od mojej wolnej woli. Przełykałem białe tabletki, czując jak zasycha mi w gardle. Po zużyciu prawie całego opakowania, zaczęło kręcić mi się w głowie. Zauważyłem, że trzymam w dłoni, już nie jedno, a trzy paczki leków. Zaśmiałem się głucho, nie wiedząc co jest źródłem mojego rozbawienia. Żołądek podszedł mi nagle do gardła, a po moich plecach spłynęła strużka potu. Siedziałem na łóżku próbując wyrwać się z otępienia. Przed moimi oczami zaczęły pojawiać się czarne plamki, zamazując obraz. Wszystko wirowałem, tylko ja siedziałem wciąż w miejscu przyglądając się jak świat w okół mnie zakrywa czarna peleryna. Usłyszałem głuche uderzenie i już byłem pewien, że jestem największym idiotą na świecie...

czwartek, 12 kwietnia 2012

10. Pożądanie...


Dzień w szkole minął zaskakująco szybko, ale może dlatego, że denerwowałem się z powodu pierwszego dnia w pracy, który zaczął się wcale nie najgorzej. Musiałem przez godzinę obserwować moją nową znajomą Steel, która miała pracować w tych samych godzinach co ja, aby załapać o co mniej więcej chodzi. Dziewczyna była bardzo miła i z chęcią pomagała mi we wszystkim. Razem zdarzało nam się wybuchać śmiechem, spowodowanym moimi pomyłkami. Dowiedziałem się, że ma 17 lat i mieszka po drugiej stronie miasta. Lubiła taniec, co było związane z muzyką, więc znaleźliśmy z łatwością wspólny język. Innymi słowy, praca w KFC była obdarzona samymi plusami, chociaż... jedynym minusem były niepasujące mi kompletnie, koszulki firmowe. Tak jak obiecał, pod koniec mojej pracy, przez szklane drzwi wszedł czerwonowłosy chłopak. Gdy tylko dostrzegłem go w tłumie, moją twarz rozpromienił szczery uśmiech. Spojrzałem szybko na zegarek i stwierdziłem, że będzie na mnie czekać pół godziny. Stałem akurat przy kasie, więc gdy nasze spojrzenia się zetknęły stanął na końcu kolejki prowadzącej do mnie...
- Dzień dobry, co panu podać? - spytałem, odsłaniając zęby, gdy tylko odchodził klient przed nim.
- No nie wiem... poproszę dwa Zingery. - odpowiedział po namyśle, mrugając do mnie porozumiewawczo.
Dostrzegłem kontem oka, że Steel przygląda mi się ze zdziwieniem. Wstukałem w kasę fiskalną nazwę zamówienia i spojrzałem na cenę.
- Należy się pięć, siedemdziesiąt osiem. - powiedziałem.
- Proszę. - powiedział, podając mi banknot dziesięciodolarowy.
Oddałem mu resztę i paragon, dostrzegając na jego twarzy łobuzerski uśmieszek. Zachowywał się jakby próbował mnie poderwać, co tylko mnie rozbawiło.
- Zaraz podaje. - powiedziałem, odwracając się.
Przygotowując zamówienie minąłem się z szarooką dziewczyną. Po chwili podeszła do mnie, prawdopodobnie po to by zrealizować swoje zamówienie. Nachyliła się ku mnie i spytała niepewnie.
- Czy ten facet nie jest trochę dziwny?
- Czemu tak uważasz? - zapytałem, powstrzymując się od śmiechu i nakładając zamówione kanapki do opakowania.
- Bo to wygląda, jakby on z tobą... flirtował. - powiedziała tonem, jakbym zupełnie tego nie zauważał.
Nie mogąc się powstrzymać, zacząłem chichotać.
- To mój przyjaciel. - powiedziałem, uspokajając się.
Dziewczyna przez chwile stała zastanawiając się nad tym. Na jej czole pojawiła się zabawna zmarszczka, jakby to wszystko uważnie analizowała. Po chwili spojrzała na mnie, zarumieniła się i uśmiechnęła.
- Przepraszam. Myślałam, że to jakiś psychopata. - powiedziała.
- W zasadzie to się bardzo nie pomyliłaś. - rzuciłem, wracając do lady z Zinger'ami.
Usłyszałem za sobą dźwięczny śmiech dziewczyny.
- Oto pana zamówienie. - powiedziałem, podając nieduży pakunek Gerardowi.
- Dziękuje. - powiedział, puszczając do mnie perskie oko.
- Smacznego. - dodałem, odprowadzając go wzrokiem, gdy odchodził.
Reszta czasu minęła stanowczo zbyt wolno. Gdy dobiegła końca ostatnia minuta, szybko zmieniłem koszulkę na mój zielony t-shirt. Narzuciłem jeszcze na plecy skórzaną kurtkę i wyszedłem z zaplecza.
- Hej. - powiedziałem podchodząc do czerwonowłosego.
- Cześć. - odpowiedział wstając i podając mi opakowanie, które sam wcześniej mu dawałem.
Sądząc po jego masie nie było puste.
- Wielkie dzięki. - powiedziałem, domyślając się dla kogo był przeznaczony drugi Zinger.
- Nie ma za co. - odpowiedział, odsłaniając lśniące zęby.
Zjadłem kanapkę po drodze, opowiadając mojemu towarzyszowi o pierwszym dniu w pracy.
- Więc w sumie nie było tak źle. - podsumowałem. - Jestem ci dozgonnie wdzięczny za to, że mnie tu przywlokłeś.
- Nie ma sprawy. - mruknął. - Może pójdziemy do mnie? Wypożyczyłem ten nowy horror „Dama w czerni”.
Wyraźnie się ożywił, gdy pokiwałem głową. Dotarliśmy do jego kanapy dość szybko. Przygotował do picia Cole i jakieś chipsy. Zanim włożył film do odtwarzacza spojrzał na mnie przeciągle. Dostrzegłem w jego bursztynowych oczach coś dziwnego. Przyglądał się mi jakby próbował podjąć jakąś decyzje. Gdy kąciki jego ust uniosły się lekko, ponownie pojawiło się owe, dziwne uczucie, dręczące mnie poprzedniego dnia. Chłopak w końcu odtworzył horror i zajął miejsce obok mnie z pilotem w ręku. Całą moją uwagę zajmowało to podejrzane uczucie, co nie pozwalało mi zbytnio zwracać uwagę na film. Odwróciłem głowę by dostrzec wyraz twarzy chłopaka. Wpatrywał się w ekran z wolną ręką za moimi plecami, położoną na oparciu siedzenia. Przejechałem wzrokiem po jego oczach, nosie, aż wreszcie zatrzymałem się na jego ustach... Były pełne i miały niespotykany, malinowy kolor. Zdawały się być niesamowicie delikatne. W pomieszczeniu zrobiło się dziwnie gorąco, jakby ktoś podkręcił ogrzewanie. Odchrząknąłem, ponieważ nagle zaschło mi w gardle. Chłopak odwrócił wzrok i zawiesił go na mojej twarzy. Wpatrywał się we mnie tak intensywnie, że miałem wrażenie, że doskonale wie co dzieje się w mojej głowie.
- O czym myślisz? - spytał.
Zaskoczył mnie tym pytaniem. Może po prostu, nie chciał żebym domyślił się, że jest jasnowidzem?
- O... - musiałem się chwilę zastanowić, żeby dobrać odpowiednie słowa. - O tobie. - dokończyłem, czując jak na moją twarz wstępują rumieńce.
- A dokładniej? - ciągnął, nachylając się odrobinę w moją stronę.
Wciąż nie odrywał od moich oczy spojrzenia. Przez chwilę nie mogłem nic wykrztusić. Czułem się jak kretyn.
- Zastanawiam się nad tym co do ciebie czuję. - wyznałem w końcu.
Spuścił nagle wzrok, a jego twarz posmutniała. Spojrzał tępo w ekran telewizora na którym znajdował się Daniel Radcliffe, wystylizowany na postać z około dziewiętnastego wieku.
- A co czujesz? - spytał, obojętnie.
Przez dłuższy czas milczałem, próbując sam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Gdy znów na mnie zerknął jego złote oczy były dziwnie puste. Jego wzrok sprawił, że pospieszyłem z odpowiedzią.
- Bardzo cię lubię... - nie zareagował, jakby właśnie tego się spodziewał. - I jest coś jeszcze... - dodałem ciszej.
Znów wbił we mnie spojrzenie. Było ono pełne nadziei i oczekiwania, a jego tęczówki błyszczały.
- Tego nie da się tak po prostu powiedzieć... - zacytowałem jego własne słowa.
- Spróbuj mi to pokazać. - szepnął, tak samo jak ja w tamtą pamiętną noc.
Było to wtedy, gdy po raz pierwszy tak naprawdę się całowaliśmy. Gdy przypomniawszy sobie co wtedy czułem, niespodziewanie mnie olśniło.
- Jesteś pewien? - spytałem.
Zmarszczył brwi i pokiwał twierdząco głową. Do mojej głowy w końcu dotarło, czym było owe dziwne uczucie. Czułem to od dłuższego. Nawet podejrzewałem co to, jednak sam przed sobą bałem się do tego przyznać. Nachyliłem się lekko tak, że nasze twarze dzieliło kilka centymetrów. Poczułem na swojej twarzy jego ciepły oddech. Oprałem dłoń na jego torsie i musnąłem jego usta swoimi. Usłyszałem jak cicho mruczy, mrużąc oczy.
- Jesteś pewien, że właśnie tego chcesz? - zapytał.
Jego oczy przysłonięte wachlarzem gęstych rzęs, wyrażały niepewność, jakby się wahał.
- Tylko jeśli ty jesteś. - mruknąłem, zbliżając się do niego.
Najwyraźniej zniecierpliwiony, nachylił się do mnie i wplótł palce w moje czekoladowe włosy. Nasze usta znów połączyły się ze sobą. Czułem jak stopniowo jego ciało napiera na moje. Temperatura, znów uniosła się gwałtownie, sprawiając, że w kurtce było mi za gorąco. Zsunąłem ją z ramion i odrzuciłem w bok. Zarzuciłem ręce na szyję chłopaka. Dzielący nas materiał zaczął mi niemiłosiernie dokuczać. Zacząłem pokrywać pocałunkami policzek chłopaka, a następnie jego szyję, schodząc stale w dół. Nagle oderwały mnie od tego słowa, których nigdy bym się nie spodziewał.
- Kocham cię... - szepnął mi do ucha Gerard.
Nie wiedziałem, czy zdobędę się na odpowiedzenie. To co powiedział sprawiło mi ogromną przyjemność, bo tym uczuciem, które chodziło za mną jak cień było pożądanie. Nie mogłem tego przed sobą ukrywać, pragnąłem go...
- Też cię kocham... - zamruczałem.
Objąłem go jeszcze ściślej i przycisnąłem twarz do jego rozgrzanej piersi... 

niedziela, 25 marca 2012

9. Nie wybrzydzaj...


Gdy otworzyłem oczy, miałem wrażenie że ze snu wyrwało mnie zdenerwowanie. Wszystko robiłem w pośpiechu. Załatwiłem się ubrałem, umyłem, zjadłem śniadanie i wyszedłem na spotkanie z Gerardem. Zaskoczony nie dostrzegłem nigdzie płomiennych włosów. Niepewnie spojrzałem na zegarek. No tak, do umówionej pory zostało piętnaście minut. Tak jak on miał to w zwyczaju, oparłem się o lampę uliczną i z rękoma w kieszeniach rozpocząłem czekanie. Nie trwało ono długo, ponieważ chłopak przyszedł pięć minut później.
- Wcześnie jesteś. - powiedział, uśmiechając się.
- Racja, hej. - odpowiedziałem, podchodząc do niego.
Ruszyliśmy w stronę szkoły rozmawiając.
- To gdzie zaczynamy? - spytał z miną kłusownika, szykującego się na polowanie.
Zatarł przy tym teatralnie dłonie i łobuzersko się uśmiechnął. Ta mina sprawiła, że kolana mi zadrżały. Te niesamowite białe zęby, przyprawiały mnie o gęsią skórkę. Nie, żeby wyglądały jak wampirze, po prostu znajdowały się w tych niesamowitych ustach. Boże, co ty robisz! Mój mózg sprowadził mnie na ziemię z krótkiej wycieczki. Uświadomiłem sobie, że Gerard wciąż czeka na odpowiedź.
- Mieszkam tu krócej, może coś mi doradzisz? - powiedziałem w końcu.
- To zależy od ciebie. Od tego co lubisz robić... - odpowiedział tamten, zastanawiając się.
- To niech będzie starbooks. - walnąłem bez zastanowienia.
- Oh... widzę w twoich oczach skrywaną miłość do kawy... - zaśmiał się z ironią.
- To naprawdę tak bardzo widać? - zażartowałem z miną pokutnika.
Oboje parsknęliśmy śmiechem, co spowodowało, że pragnąłem rozśmieszać czerwonowłosego non stop. Jego śmiech łaskotał w brzuchu i zarażał. Brzmiał niczym skomplikowana melodia pianina. Po moim ciele znów przebiegły dreszcze. Frank, weź się w garść. Jak zwykle najmądrzejszy rozum upominał mnie, niszcząc atmosferę panującą we mnie. Nawet nie zauważyłem kiedy, pogrążeni w rozmowie, dotarliśmy pod drzwi szkoły. Zaczynał się kolejny nudny dzień...
- Co powiesz na małe wagary? - spytałem, zniżając głos do szeptu.
Starałem się nadać głosowi jak najwięcej tajemniczości, jakbym planował jakiś zamach, czy też napad na bank.
- Nieładnie Frankie, nie ładnie... - odpowiedział grożąc mi palcem, jednak ruszył ze mną z powrotem w głąb ulic.
Uśmiechnąłem się najbardziej słodko jak potrafiłem i zatrzepotałem rzęsami, jakby decyzja nie była już postanowiona.
- No, ale tym razem ci daruję. - powiedział chłopak, po namyśle.
Wyszczerzyłem zęby. Skierowaliśmy się w głąb miasteczka. Staraliśmy się iść bocznymi uliczkami, żeby nikt nie przyczepił się do nas, że nie jesteśmy w szkole. Zerknąłem ukradkiem, na chłopaka. Szedł po mojej prawej pewnie i bez wahania. Kąciki jego ust, skierowane były ku górze, jednak nie patrzył na mnie. Odwróciłem wzrok, obojętnie zawieszając go na mijanych budynkach.
- Gdzie idziemy? - spytał, po jakimś czasie.
- Mam ochotę na loda. - odpowiedziałem szczerze.
Dopiero radosny i głośny śmiech Gerarda, uświadomił mi, że to zdanie posiada drugie dno. Spojrzałem na niego z powagą, jak dorosły na dziecko śmiejące się ze słowa „kupa”.
- Jasne, jest już dość ciepło na lody. - odpowiedział, akcentując ostatnie słowo.
Szturchnąłem go lekko ramieniem, jednak dalej naśmiewał się ze mnie. Dźwięk ten był tak niesamowity, że po moim ciele przechodziły ciarki. Spojrzałem znów na niego. W słońcu dostrzegłem jego białe zęby i przymrużone ze śmiechu, powieki. Po chwili dołączyłem do niego. Gdy wreszcie się uspokoiliśmy z szerokimi uśmiechami, skierowaliśmy się do piekarni, w której sprzedawano także lody. Gdy dotarliśmy na miejsce drobna, ruda, trzydziestolatka spytała nas o smak.
- Waniliowe. - odpowiedzieliśmy chórem, a po chwili, znów wybuchnęliśmy śmiechem.
Kobieta, kilka sekund przyglądała nam się podejrzliwie po czym nałożyła nam po jednej gałce na rożek. Grzecznie zapłaciliśmy i podziękowaliśmy. Ruszyliśmy uliczkami. Znów ukradkiem spoglądałem na Gerarda, podczas gdy on, szczerząc zęby, powoli pochłaniał swoją porcję. Patrząc tak na niego, obudziło się we mnie dziwne uczucie. Cisza wokół, stała się naglę zbyt przytłaczająca, więc pośpiesznie ją przewałem.
- Teraz do starbooks'a? - spytałem, siląc się na obojętność.
- Jeśli tak ci się spieszy... - uśmiechnął się promienie.
Ów, dziwne uczucie nasiliło się. Odwróciłem głowę w bok, aby nie dostrzegł wyrazu mojej twarzy. Co się z tobą dzieje Frank? Mózg znów pukał mi w czoło, nie rozumiejąc mojego zachowania. Z trudem udało mi się, nie odpowiedzieć na głos.
- Jak dobrze, że skończyłem szesnaście lat dwa miesiące temu. - westchnąłem.
-No, masz szczęście. Gdybyś ich nie miał, mógł bym ci... nie wiem jak to nazwać. - Przez chwilę zdawało się że żałuje, że zaczął to zdanie. - No wiesz... za coś płacić.
Zaśmiałem się myśląc początkowo, że to żart. Jaki ja jestem naiwny... Gdyby wszystko było wokół żartem, życie było by zbyt łatwe.
- Przecież jesteś w moim wieku. Pomyśl, jak by to wyglądało. - odpowiedziałem, jednak w moim głosie wyczuwalne było napięcie.
- Przykro mi, że muszę cię zasmucić, ale jestem od ciebie starszy. W kwietniu skończę dziewiętnaście lat. - wyznał, rumieniąc się lekko.
- Jak to? - ta informacja, szczerze mnie zdziwiła.
Gerard, ze swoimi czerwonymi włosami i błyszczącymi oczami, wyglądał jak przeciętny nastolatek, a w rzeczywistości był już dorosły.
- Zdarzyło mi się kilka razy powtarzać klasę. W trudnym okresie... - westchnął, cicho.
Między nami, na powrót, zapadła cisza. Zastanawiałem się co odpowiedzieć, jednak nic nie przychodziło mi do głowy. Wpatrywałem się z przesadnym skupieniem w swoje, znoszone, szare trampki. Przygryzłem wargę, żeby nie palnąć jakiejś głupoty. Mój lud, zniknął z zaskakującą szybkością. Wciąż milcząc doszliśmy do celu. Gerard skończył jeść i spojrzał na mnie, odsłaniając zęby.
- Idź, ja tu poczekam. - powiedział, swobodnym głosem.
- Trzymaj za mnie kciuki. - mruknąłem.
Przekroczyłem próg drzwi i do moich uszu dotarły brzęki i szmery rozmów, a do nosa, niezwykle przyjemny, zapach kawy. Ściany były pomalowane na ciepły, odcień brązu. Podłogę wyłożono podobnymi panelami. Całe pomieszczenie było pełne niskich stolików i kremowych sof. Ruszyłem do bufetu, w którym stały dwie osoby. Jedną z nich, była blondynka podobna do Nansy, a drugą brunet w średnim wieku. Mieli na sobie, brązowe fartuchy z logiem „Cafe Romance”. Skierowałem się do tej drugiej, ponieważ mężczyzna uśmiechał się przyjaźnie i sprawiał wrażenie sympatycznego.
- Dzień dobry. - powiedział, gdy tylko dotarłem, dostatecznie blisko lady. - Co podać?
- Nic... Chciałem tylko zapytać, czy może szukają państwo pracownika. - odpowiedziałem.
Starałem się zabrzmieć poważnie i oficjalnie, jednak lekkie jąkanie się, psuło cały efekt. Przygryzłem warkę ze zniecierpliwienia. Dostrzegłem lekkie zeskocznie na twarzy mojego rozmówcy, jednak zstąpił je szybko kolejnym uśmiechem.
- Zaraz zapytam. Niech pan chwileczkę poczeka. - oznajmił, po czym skierował się do blondynki obok.
Coś jej w skrócie wyjaśnił i poszedł na zaplecze. Nie czekałem długo, gdy wynurzył się z niego po chwili, z profesjonalną miną, czyli szczerząc zęby. Jego sympatyczność, stopniowo zaczynała mnie denerwować.
- Przykro mi, ale nikt nie jest potrzebny. - powiedział.
- Dziękuje. - rzuciłem i odszedłem.
Wyszedłem na zewnątrz z niekrytym przygnębieniem.
- Co, nie wyszło? - spytał Gerard, chociaż byłem pewien, że zna odpowiedź z wyrazu mojej twarzy.
Potwierdziłem to tylko skinieniem głowy. Ruszyliśmy dalej, kierując się do sklepu muzycznego. Właściwie, to ja prowadziłem, czerwonowłosy tylko za mną podążał. Zerknąłem na niego i dostrzegłem, że moja pierwsza porażka, nie zmieniła nic w wyrazie jego twarzy. Widząc, że go „podglądam”, położył mi rękę na ramieniu.
- Spodziewałeś się, że uda ci się za pierwszym razem? - spytał.
- Miałem taką cichą nadzieję... - burknąłem.
Chłopak zaśmiał się serdecznie, rozbawiony moim pesymizmem. Dotarliśmy do sklepu, jednak efekt był taki sam, co jedynie jeszcze bardziej, przygasiło moją motywację. To samo, powtórzyło się w bibliotece publicznej. Zrezygnowany spojrzałem na zegarek. Dochodziła dwunasta, więc miniony czas, jeszcze bardziej mnie przygnębiał. Powłócząc nogami, skierowałem się w stronę parku.
- Już się poddałeś? - zażartował, złotooki. - Nie zależy ci na mnie?
Brzmiało to jak dowcip, jednak tak to właśnie mogło wyglądać.
- Oczywiście, że mi na tobie zależy. - wyznałem.
- To weź się w garść i chodź. - powiedział z entuzjazmem, łapiąc mnie za rękę i ciągnąc w głąb miasteczka.
Nie miałem ani siły, ani chęci mu się wyrywać, więc potulnie ruszyłem za nim. Doszliśmy w okolice centrum. Gerard, wciąż trzymał moją dłoń w swojej, jednak nie przeszkadzało mi to. W pewnym momencie dostrzegłem znajomy szyld za obskurnym budynkiem.
- Oszalałeś? - spytałem, mojego przewodnika.
Za owym budynkiem, pojawił się jeszcze jeden, ale zupełnie inny. Ów szyld przedstawiał dziwnego człowieczka, a pod nim napis „KFC”. Wszystko to utrzymane w kolorze niebieskim, białym i czerwonym. Za owym budynkiem, pojawił się jeszcze jeden, ale zupełnie inny. Stęknąłem, zbliżając się do niego.
- Nie wybrzydzaj.
Zdawało mi się, że jest rozbawiony całą sytuacją. Westchnąłem, wiedząc że nie da za wygraną. Ah, ten uparciuch, pomyślałem. Lubiłem się z nim spierać, oczywiście z błahostek. Zawsze nieustępliwe bronił swojego zdania i podawał przeróżne argumenty, byle tylko trzymać przy swoim. Ściany budynku były czerwone. Nad wejściem wisiał szyld, a z okien widać było zatłoczone wnętrze. Przekroczyliśmy próg razem. Gerard zrobił to pewnie, aby popatrzeć na moje męki. Wnętrze było jasne, ale z pewnością nie przestronne. W wolnych miejscach poustawiano proste, białe stoły i podobne fotele. Spod bufetu, znajdującego się na wprost od wejścia, ciągnęła się spora kolejka. Efektowi przepełnienia, towarzyszył panujący w okół gwar. Rzuciłem czerwonowłosemu spojrzenie, cisnące błyskawicami. Ten puścił do mnie oko i pociągnął za rękaw do kolejki. Rozglądałem się wokół, ponieważ fast food w moim starym mieście był znacznie mniejszy i mniej oblegany. Stanęliśmy na końcu. Czekaliśmy dość długo, komentując wystrój. W końcu dotarłem do dziewczyny stojącej za ladą. Miała ciemne, długie włosy związane w luźny kucyk i zadurzy, niebieski t-shirt z logo na piersi i kołnierzykiem.
- Dzień dobry, co dla pana? - spytała monotonnym głosem.
- Chciałem tylko zapytać, czy może szukają państwo pracownika. - odpowiedziałem pytaniem na pytanie, znacznie pewniej, niż za pierwszym razem.
- Chwileczkę... - powiedziała i wyszła, przez bordowe drzwi na zaplecze.
Gdy odchodziła dostrzegłem na jej szyi tatuaż, przedstawiający japoński symbol. Uśmiechnąłem się pod nosem. Od dłuższego czasy planowałem sobie wytatuować w podobnym miejscy skorpiona. Dziewczyna wróciła po chwili.
- Da się coś załatwić. - powiedziała i obdarzyła mnie szczerym uśmiechem.
Miała stalowe oczy, pokreślone czarną kredką. To wszystko świetnie komponowało się z jej jasną karnacją. Była mniej więcej w moim wieku. Zmieniła się z jakimś mężczyzną i pomogła mi załatwić wszystko. Godzinę później wyszedłem z fast food'a z pierwszą pracą i zadowolonym Gerardem u boku. Widocznie był rozbawiony całą sytuacją.
- I masz już z głowy szukanie pracy. - powiedział. - Będę przychodził tu i zamawiał u ciebie gigantyczne porcje, a na dodatek zostawiał ci resztę.
- Wiesz, że nie musisz. - odpowiedziałem, speszony.
- Ale chcę. Miło będzie cię odwiedzać w takim miejscu, a przy okazji się najem. - zażartował.
Owa dziewczyna, która mi pomogła, przedstawiła się Steel. Okazało się, że będziemy pracować na jednej zmianie. Wróciłem do domu zadowolony i na progu powiadomiłem moją rodzicielkę o swoim sukcesie. Lusi jedynie się uśmiechnęła i powiedziała, że możemy tu spróbować mieszkać dalej. W łóżku długo nie mogłem zasnąć, myśląc o kolejnych dniach w Pawnatucket...

środa, 14 marca 2012

8. Czy to musi się tak skończyć?


Dłonie mi drżały ze strachu. Czemu? Bezradnie usiadłem na ziemi i oparłem się o drzwi plecami. Po moim policzku słynęła samotna łza, gdy wpatrywałem się tępo w pudła czekające na zapełnienie. Wszystko wokół przyprawiało mnie o mdłości. Przed zwymiotowaniem chroniła mnie jedynie pustka w żołądku.
- To się nie może tak skończyć... - powiedziałem do siebie, łamiącym się głosem.
Muszę spróbować coś zrobić, obiecałem mu, pomyślałem. Jak topielec łapałem się każdej przepływającej przez moją głowę myśli. Co mogę zrobić? Nic nie przychodziło mi do głowy, jakby już nie istniała żadna nadzieja. Może potrafiłbym zapomnieć o Gerardzie, może mógł bym zaczynać na nowo wszystko od początku, jak po przeprowadzce tutaj. Nerwowo pokręciłem głową, pragnąc otrząsnąć te myśli. Nie, nie mógł bym tak go zostawić... Nigdy nie poznam osoby tak wspaniałej jak on. Nikt nie ma tak cudownego uśmiechu, nikt nie rozumie mnie tak dobrze bez słów, nikt nie ma tyle ze mną wspólnego, nikt. Przetarłem oczy, próbując wziąć się w garść. Czy to musi się tak skończyć? Nie stać nas, przebiegło przez moją głowę. Zaraz, powiedział cichy głos w mojej głowie, chodziło o pieniądze. Oczywiście, jaki ja jestem głupi! Nie było ich stać na utrzymanie, ale ile mogło nam brakować? Gdybym miał pracę... Wszystko nagle się rozjaśniło. Myśli stały się pewniejsze, a przyszłość raźniejsza. Ponownie otarłem twarz wierzchem dłoni. Wstałem na nogi i poszedłem do łazienki. Doprowadziłem swój wygląd do porządku i przebrałem się w końcu w czyste ubrania. Wyszedłem z pomieszczenia i podszedłem pod drzwi sypialni Jack'a i Lusi. Zapukałem w nie delikatnie i poczekałem na jakąś reakcję.
- Tak? - usłyszałem, stłumiony, kobiecy głos.
- Mamo. Mogę z tobą porozmawiać? - zapytałem, zmuszając się do uprzejmego tonu.
- Chwileczkę... - dobiegło w odpowiedzi.
Nie trwała ona długo i po kilku sekundach, niska kobieta stała naprzeciwko mnie na progu sypialni. Jej niebieskie oczy, dały mi do zrozumienia, że wciąż jest na mnie zła.
- Możemy pomówić na dole? - spytałem, najgrzeczniej jak potrafiłem.
Chwile się zastanawiała, po czym kiwnęła twierdząco głową. Przeszliśmy razem do kuchni. Tam, przysiadła na krześle i spojrzała na mnie z zainteresowaniem.
- Przede wszystkim, przepraszam za to co zrobiłem...
To, że zdobyłem się na przeprosiny było cudem, ale czego się nie robi dla ukochanego? Te słowa zabrzmiały nadzwyczaj normalnie w mojej głowie, a jednak coś w nich nie pasowało. Twarz mojej rodzicielki rozjaśnił lekki uśmiech, z powodu mojej skruchy.
- I chciałem zapytać, czy... gdybym zaczął pracować... - zacząłem, niepewnie. - Czy moglibyśmy tu zostać?
To, że byłem gotowy zacząć pracować, zaskoczyło ją. Wpatrywała się we mnie podejrzliwie. Gdy uświadomiłem sobie, dla kogo to robię, wszystko co razem zrobiliśmy zaczynało do mnie wracać.
- A gdzie miał byś pracować? - spytała.
- Jeszcze nie wiem. Coś znajdę. - odpowiedziałem z przekonaniem.
Zlustrowała mnie znów wzrokiem, po czym dodała.
- Jesteś pewien?
- Tak – odparłem gorliwie.
- Moglibyśmy spróbować... - zastanowiła się, odwracając wzrok w zamyśleniu. - No dobrze. Jeśli znajdziesz pracę w ciągu tygodnia i będzie dosyć opłacalna, możemy tu zostać.
- Dziękuje! - odpowiedziałem, jeszcze bardziej entuzjastycznie.
Zdobyłem się na nieśmiały uścisk wdzięczności. Lusi uśmiechnęła się radośnie na ten przypływ czułości, jednak ja dobrze wiedziałem, że jest on sztuczny i wymuszony. Gdy zbliżałem się do niej, myślałem o cudownych, ogniście czerwonych włosach. Wróciłem do swojego pokoju, w którym pudła przesunąłem w sam jego kąt. Zerknąłem na zegarek. Była osiemnasta, więc wychodzenie teraz nie miało sensu. Sięgnąłem po telefon i wybrałem numer Gerarda.
- Halo? - usłyszałem, po trzech sygnałach.
- Nie wiesz, gdzie szukają pracowników? - spytałem z radością.
Musiał ją widocznie wyczuć, bo zaśmiał się. Ten dźwięk przypominał sam w sobie muzykę.
- Nie, ale z chęcią pomogę ci znaleźć takie miejsce. - powiedział, uradowany.
- Świetnie. Może jutro po szkole? - spytałem.
- Pewnie.
- To do zobaczenia. - pożegnałem się i rozłączyłem.
Zostanę tu, powiedziało uradowane serce, jednak rozum przerwał mu taniec radości. Gdzie mogę pracować? Przez głowę przeleciała mi cała okolica. Mogłem zajrzeć do mnóstwa miejsc: starbooksa, sklepu muzycznego, biblioteki. W każdym z wymienionych dostrzegałem coś dla siebie. Uwielbiałem pić kawę, kochałem muzykę i lubiłem czytać. Biblioteka jednak mimo wszystko odpadała, bo co mógł bym tam robić? Zmęczony sięgnąłem po książkę od fizyki i pogrążyłem się w nauce, chodź nie przychodziło mi to łato. W końcu czekał mnie tydzień prawdy... Nie, to trochę głupio brzmi, ale niech już tak będzie. Jednego byłem pewien, ode mnie zależy, czy mogę zostać tu z Gerardem. To imię wywołało u mnie dziwne poczucie niepokoju. Zdałem sobie dopiero sprawę, co między nami zaszło. Nagła prawda, wlała się do mojego mózgu, powodując w nim kompletny chaos. Znałem to uczucie, nawiedzało mnie przy każdym dotyku jego ust... Przecież jestem chłopakiem, pomyślałem, podnosząc głowę znad książki i wbijając wzrok w ścianę. On też nim jest, dodał cichy głosik z tyłu czaszki, zapewne należący do przemądrzałej podświadomości.
- Oj zamknij się... - mruknąłem do niej, a w zasadzie do siebie.
Ale taka była prawda. Byliśmy parą zakochanych w sobie chłopaków, a przecież to się nazywa homoseksualizmem. Ja nie jestem gejem, pomyślałem w obronnym geście, ale to co razem zrobiliśmy do tej pory mówiło samo za siebie. Spróbowałem opróżnić głowę, z tych ponurych rozmyślań, jednak nie dawały one za wygraną. Zrezygnowany odłożyłem książkę na miejsce i udałem się do łazienki. Tam, po rozebraniu się, wszedłem pod chłodne strumienie wody z prysznica. Nagłe zimno pozwoliło mi trzeźwiej myśleć. Chłostało moje plecy i twarz. Zamknąłem oczy, opierając się o równie pozbawioną ciepła ścianę. Westchnąłem, co stłumił wszechobecny szum wody. Kim jestem? Nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie, bez długiego zastanowienia. Nasuwała mi się najbardziej banalna i zarówno nieodpowiednia odpowiedź, ale jednak byłem... Frankiem Iero. Chłopakiem który szuka pracy, kocha muzykę, uwielbia kawę, śmieje się z marnych sucharów i kocha... Gerarda Way'a. W myślach brzmiało to logicznie i składnie, jednak w życiu nie odważył bym się na wypowiedzenie tych słów głośno. Ale czy naprawdę go kochałem? W końcu mając siedemnaście lat zdarzały się ludziom szczenięce zauroczenia, ale to jednak było coś więcej. Przede wszystkim był moim przyjacielem, ale ten pocałunek... Wspomnienie tamtego dnia, gdy spotkały się nasze usta, było bezcenne. Moje ciało wypełniała wtedy dziwna przyjemność i... Sam nie wiedziałem. Była to bezimienna zachcianka. Gdy moją skórę całkiem pokryła gęsia skórka wyłączyłem wodę i wyszedłem spod prysznica. Ubrałem się w piżamę i poszedłem z powrotem do pokoju. Wdrapałem się na łóżko i po raz kolejny wpatrywałem się w czerwone imię nade mną. Przymknąłem oczy i moje myśli znów zaatakowały wspomnienia.

Z niesamowitą prędkością złapał mnie za nadgarstki i popychając lekko, przygwoździł do ściany budynku, przed którym staliśmy. Zbliżył swoją twarz do mojej. Mimowolnie jęknąłem cicho, gdy Gerarda przybliżał się bardziej, zaciskając uścisk. Ustami objął moje wargi, uniemożliwiając mi jakikolwiek odgłos. Poruszał nimi ostrożnie w czułym pocałunku. Moje ciało zastygło, jakby było z wosku. Jego dotyk... pomyślałem. Jego chłodne ręce, zaciśnięte na moich... Jego nieobecne spojrzenie... Jego usta...
Czułem napierające stopniowo na mnie ciało. Język chłopaka wsunął się do mojego podniebienia rozpoczynając jego penetrację. Pocałunek stał się bardziej zachłanny i brutalny. Mimo wszystko ból w nadgarstkach, zmienił się w rozkosz z tej bliskości.

Miałem dziwne wrażenie, że chciałbym to powtórzyć. Ta myśl sprawiła, że wszystkie inne pofrunęły już na kolorowych jednorożców do krainy Morfeusza. Tylko ona sprawiała, że jakaś część mnie nie chciała spokojnie zasnąć...




piątek, 9 marca 2012

7. Zrób to też dla mnie...


Nasze usta złączyły się i wszystko znów stanęło w miejscu. Trwało to chwilę, która była dla mnie stanowczo za krótka. Położyliśmy się wtuleni w siebie i podobnie jak w dniu śmierci Alice, zasnęliśmy w jednym łóżku, nie mając siły na więcej. Pamiętam, że zanim odpłynąłem w objęcia Morfeusza z rozkoszą wsłuchiwałem się w równomierny oddech Gerarda i chłonąłem nieporównywalny do niczego, zapach jego ciała...
Obudził mnie chłodny dotyk na moim policzku. Niechętnie otworzyłem oczy, ale widok odpłacił mi za pobudkę. Gerard leżał twarzą do mnie wsparty na łokciu, wolną ręką pieszczotliwie głaszcząc mój policzek. Jego twarz zdobił wspaniały uśmiech. Wyglądał tak jak jedno z dzieł w sali od plastyki, ale różnica była zasadnicza. Był piękniejszy i bardziej barwny od nich wszystkich razem wziętych.
- Dzień dobry – szepnął.
Z mojego gardła nie wydobywała się odpowiedź. Wlepiałem oczy w jego usta, pragnąć móc ponownie poczuć ich smak. Czerwonowłosy, jakby czytając mi w myślach nachylił się ku mnie i musnął wargami mój policzek. Westchnąłem cicho zamykając oczy i upajając się jego ciepłem.
- Wciąż jesteś śpiący? - spytał, a w jego głosie dosłyszałem nutę rozbawienia.
- Ciii.... - powiedziałem kładąc palec na jego ustach. - Zakłócasz mi tą piękną chwilę nic nie robienia. - dodałem.
- Przepraszam – mruknął cicho.
Znów przymknąłem powieki i cieszyłem się dźwiękiem bicia naszych serc. Przez moje myśli przebiegł cały wczorajszy dzień. Coś jednak mi w tym wszystkim nie pasowało, a nawet dwa cosie.
- To co zaszło między mną, a Nansy wczoraj... - zacząłem, jednak przerwał mi wyraz jego twarzy.
Skrzywił się, a jego oczy wypełniła złość na samo wspomnienie. Nawet wtedy wyglądał niesamowicie.
- Byłem chyba... sam nie wiem. - powiedział po chwili, dobierając starannie słowa. - To chyba była... zazdrość. - dokończył, delikatnie, znów głaszcząc mnie dłonią.
Uśmiechnąłem się do tej wizji. Gerarda zazdrosny o mnie... Nagle do mojej głowy dotarło, co jeszcze nie było na swoim miejscu. Zerwałem się gwałtownie do pozycji siedzącej, co spowodowało lekkie zawroty głowy. Tym czymś byłem ja, bo znajdowałem się teraz w wygodnym łóżku czerwonowłosego, a nie we własnym domu. Chłopak podniósł się chwilę później, speszony moim zachowaniem.
- Co się stało? - spytał.
- Powinienem być dawno temu w domu... - westchnąłem, stając na nogi.
Mina Gerarda świadczyła o tym, że nie chce żebym wychodził, więc dodałem szybko.
- Przykro mi, ale niedługo się zobaczymy.
- Mam taką nadzieję. - odpowiedział, a w jego głosie wyczułem szczerość.
Zebrałem się pośpiesznie, a nie miałem tu właściwie niczego, więc nie potrwało to długo. Z żalem pożegnałem się z złotookim krótkim buziakiem w policzek. Dziwne, dodał mi on odwagi, która była mi zresztą potrzebna. Dotarłem pod drzwi domu z zaskakująco szybko. Najciszej i delikatniej jak potrafiłem, otworzyłem drzwi kluczem, jednak praktycznie na progu czekał mnie komitet powitalny... Gdy zamykałem drzwi w przedpokoju pojawił się Jack, a za jego ramieniem moja matka.
- Gdzieś ty, do cholery był?! - zagrzmiał, mężczyzna.
- Boże, Frank! Gdzie się podziewałeś? - zawtórowała mu kobieta, ale dużo łagodniej.
Jej twarz wypełniało zatroskanie, jednak zignorowałem je.
- Ja... ja... byłem u kolegi... - odpowiedziałem szczerze, jąkając się.
Cała moja odwaga, jakby wyfrunęła mi przez uszy. Nie wiedziałem co dodać, jednak gdy tylko pomyślałem o wczoraj, dotarło do mnie to, że to nic w porównaniu z tamtym uczuciem...
- Akurat mieliśmy ci coś ważnego do powiedzenia! - wrzasnął, jednak trochę ciszej Jack.
- Kochanie, płacimy tu trochę sporo za rachunki, więc... - zaczęła niepewnie Lusi.
- Wyprowadzamy się. - dokończył za nią ostro, mężczyzna.
- Co?! - krzyknąłem, mimowolnie.
Te słowa, były dla mnie jak uderzenie w policzek. Gorzej, cios nożem... Gerard, boże Gerard! Moje myśli szalały między sobą, walcząc o moją uwagę. Czemu teraz? Czemu, gdy poznałem kogoś takiego? Znałem go krótko, a mimo wszystko, był dla mnie ważniejszy od Stacy.
- Ogłuchłeś? - warknął, Jack.
- Ale, jak to? Na pewno jest jakiś sposób, żebyśmy tu zostali! - rzuciłem, ostro.
Odwaga jakby postanowiła wrócić ze spaceru. Wypełniał mnie szaleńczy gniew, a przecież całkiem niedawno, nad ranem, byłem w siódmym niebie.
- Nie możemy pracować na więcej etatów... - burknęła, moja matka.
- Etatów? Myślisz, że jestem ślepy?! O jakich cholernych etatach mi tu pieprzysz?! - wywrzeszczałem, z całą mocą jaka we mnie buzowała.
Jack, uderzył mnie otwartą dłonią w policzek, po czym zaczął wyrzucać z siebie przekleństwa, gdy ja wybiegłem najszybciej jak pozwalały na to moje krótkie nogi. Biegłem przed siebie, ze łzami w oczach, nie oglądając się za siebie. Moje tętno szalało, oddech był nierówny. Czemu?! Zdawał się krzyczeć cały świat. Starłem się, nie patrzeć na boki po już trochę, znajomych miejscach. Obrałem świetnie znany kierunek. Było to jedyne miejsce do którego mogłem się teraz udać. Poza tym, powinienem się pożegnać... Ta myśl, rozwścieczyła mnie jeszcze bardziej. Dopadłem do drzwi i bez pukania wbiegłem do środka.
- Gerard! - krzyknąłem zatrzymując się.
Był to nie lada wyczyn, przy moim szaleńczo szybkim oddechu. Odpowiedziały mi kroki, dochodzące ze schodów.
- Frankie? - usłyszałem, zdziwiony głos chłopaka.
- Rany, Gerard. - szybkim krokiem doszedłem do niego i bez wahania, rzuciłem mu się na szyję.
- Tak szybko się stęskniłeś? - zapytał z ironią, jednak gdy poczuł, na ramieniu moje łzy, cały zesztywniał. - Co się stało?
Nie potrafiłem wykrztusić słowa. Stałem tak, wdychając jego zapach. Nie mogę go tak zostawić, pomyślałem. Odsunął mnie delikatnie do siebie i nakierował, dłonią mój podbródek, tak bym patrzył mu w oczy.
- Co się dzieje? - spytał ponownie, niemal z rozpaczą.
- Ja... ja... Ja się wyprowadzam... - wyjaśniłem, a fala smutku prawie zwaliła mnie z nóg.
- Co? - chłopak zareagował tak samo jak ja. - Czemu?
- Powiedzieli, że nas nie stać na mieszkanie tutaj... - westchnąłem, bezradnie.
- Nie... - jęknął.
Jego złote oczy zabłyszczały, podobnie jak wczoraj. Złapał mnie za rękę i pociągnął do salonu. Nawet nie próbowałem zrozumieć, po co ta zmiana otoczenia. Chłopak pchnął mnie stanowczo na dużą, czarną kanapę, a sam usiadł tak blisko, że nasze ciała się stykały.
- To nie może się tak skończyć. - szepnął, kładąc dłoń na moim policzku. - Nie może... - powtórzył.
- Wiem.. - odpowiedziałem.
Jego druga rękę znalazła się na moich żebrach. Usta zbliżyły się znacznie.
- Co ty? - wyjąkałem, jednak nie pozwolił mi dokończyć jego palec.
- Chce się tobą teraz nacieszyć, niezależnie od wszystkiego. - wyjaśnił, cicho.
Pocałował mnie w usta, natarczywe, wręcz brutalnie. Jego język wsunął się do mojego podniebienia i zaczął je badać. Zaczynając od wszystkich moich zębów, aż po mój własny język. Wsunął chłodne palce pod moją koszulkę i powolnymi acz stanowczymi ruchami jechał w górę. Wszystko znów zatopiło się w głębi jego spojrzenia... Matka z Jack'em odfrunęli jak mewy. Gerard przeszedł do pokrywania pocałunkami mojego policzka, ucha, a potem szyi. Wsunąłem dłoń w jego włosy. Mimo farbowania, były jedwabiste w dotyku. Drugą rękę położyłem na jego klatce piersiowej. Wyczuwałem jego przyśpieszone bicie serca. Tak bardzo chciałem zatrzymać czas, jednak nic nie trwa wiecznie. Wszystko znów zostało przerwana stanowczo za szybko. Tym razem to ja zdobyłem się na tak karygodny czyn.
- Może to da się naprawić, ale jeśli tu zostanę na noc nie będą mnie chcieli nawet wpuścić za drzwi... - powiedziałem z lekkim sarkazmem.
- Zrób to też dla mnie... - szepnął po raz ostatni łącząc nasze usta...
Tym razem rozłąka trwała dużo dłużej. Wróciłem do domu, próbując coś wymyślić, jednak nic nie wpadło mi do głowy. Tym razem upewniłem się, że oboje są w swoich pokojach. Wszedłem do pokoju, żeby wszystko spokojnie przemyśleć. Gdy minąłem prób, dostrzegłem ogromną zmianę. Obok łóżka stały duże kartonowe pudła z napisami „do przeprowadzki”. Moja głowa opustoszała. Co jeśli już nic nie da się zrobić?  

niedziela, 4 marca 2012

6. Ten pocałunek...

Deszczowy poniedziałek, zaczął się jak każdy inny. Razem z Gerardem poszedłem do szkoły, w której nie spotkała mnie, żadna niespodzianka. Tak samo było przez następnych kilka dni, aż do piątku który rozświetliło, długo oczekiwane słońce. Jak na razie unikanie matki i Jack'a było dość łatwe, ponieważ dużo pracowali, jeśli można to tak nazwać. Tak samo jak zawsze, poszedłem z czerwonowłosym do szkoły. Jego przygnębienie, z powodu śmierci Alice, wciąż było bardzo odczuwalne. Starałem się nie przejmować tym, ani zbytnio mu się nie narzucać. Na progu szkoły, przywitała mnie rozszczebiotana Nansy. Szczerze mnie denerwowała. Przyczepiała się w najmniej odpowiednich momentach i rozprawiała o błahostkach, w ogóle mnie nie interesujących.
- Frank! Cześć. Mam świetną wiadomość. Jutro Alex organizuje imprezę. - powiedziała, jakby było to najważniejsze wydarzenie jej życia.
- Fajnie... - mruknąłem wymijająco.
Alex nie był dla mnie kimś specjalnym. Znałem go głównie z opowiadań Nansy. Był od nas o rok starszy. Raz czy dwa minęliśmy się na korytarzu. Miał dosyć długie czarne włosy i ciemne oczy z których dało się odczytać poczucie wyższości. Był nawet przystojny. Dla dziewczyny takiej jak ta, stojąca obok mnie i dręcząca od jakiegoś czasu jest to pewnie ideał.
- Pomyślałam, że może poszedł byś ze mną? - spytała.
Prze chwilę miałem wrażenie, że tylko żartuje, a przesadne trzepotanie rzęsami to tylko złudzenie optyczne, jednak mówiła poważnie. Spojrzałem błagalnie na Gerarda, który jedynie wzruszył ramionami, czego jednak ona nie mogła dostrzec, bo stała odwrócona do niego plecami.
- No dobrze. - powiedziałem w końcu.
- Świetnie! - powiedziała, z uśmiechem – To przyjdź jutro po mnie na Kansley Street o 17.
Rzuciła uradowana i odeszła. Znów zwróciłem wzrok ku czerwonowłosemu robiąc minę niesprawiedliwie ukaranego.
- To nie moja wina – mruknął niepytany.
- Wiem. - odpowiedziałem i ruszyłem wraz z nim w stronę klasy.
Byłem z siebie dumny, dzielnie wytrzymując matematykę z wychowawczynią. Tak dobrze zresztą poszło mi też zresztą lekcji. Wracając do domu odważyłem się w końcu spytać o coś Gerarda.
- Idziesz na tą imprezę?
Chłopak spojrzał na mnie, żeby sprawdzić czy mówię poważnie.
- Odbiło ci? - spytał uśmiechając się lekko.
Zawsze tak się zachowywał jeśli chodziło o sprawy właśnie takie jak spotkanie, wspólny wypad czy właśnie impreza. Był cichy i opanowany, jak zawsze. Miałem wrażenie, że odcina się nie tylko ode mnie, ale i od całego świata, chodź to mogła być w zasadzie prawda.
- Może. Po prostu nie chcę tam iść sam. - burknąłem zmieszany.
- Przecież będziesz z Nansy. - przypomniał, chodź wiedziałem o tym nader dobrze.
- Ale... - zacząłem - … wolałbym, żebyś ty też tam był.
Wydusiłem z siebie, co było nie lada wyczynem, dla kogoś równie nieśmiałego co ja. Taka była prawda. Chciałem, żeby tam był. Żeby poszedł tam ze mną, zamiast tej rozchichotanej blondyny.
- Rozumiem – powiedział, co lekko mnie zdziwiło – Jeśli ładnie poprosisz...
- Proszę... - powiedziałem, przeciągając sylaby jak dziecko.
- No dobra, ale jeśli zechcę to wrócę do domu. - powiedział, kończąc rozmowę.
- Jasne. - odpowiedziałem, dziwnie szczęśliwy.
Następny dzień był ciepły i czysty po niedawnych deszczach. Miałem się spotkać z Gerardem na miejscu. O umówionej porze dotarłem pod dom Nansy. Miała na sobie błyszczącą bluzkę z dużym dekoltem i czarną miniówkę. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, jednak zmusiłem się do skomplementowania jej wyglądu. Od razu przyczepiła się do mojego boku, jakbyśmy byli parą. Pocieszała mnie myśl, że spotkam na miejscu drzwi do innego świata. Dziwne, bo tymi drzwiami był człowiek, a w zasadzie zwykły chłopak...
- Na pewno dobrze wyglądam? - spytała Nansy, po raz setny.
- Tak, tak... - powiedziałem, przestając się starać.
Doszliśmy do domu Alexa dosyć szybko. Mieszkał całkiem niedaleko. W domu paliły się światła, a do ulicy dobiegał dźwięk muzyki. Od razu dostrzegłem, czerwonowłosego chłopaka opartego o latarnię. Ręce miał skrzyżowane na piersi. Miał na sobie czarne rurki i granatową kurtkę spod której wystawała biała bluzka. Szybko zerknąłem po sobie i przeczesałem niby niedbale włosy ręką. „Dobrze wyglądam?” pomyślałem nagle zaniepokojony. Czarne spodnie, ciemna kurtka, czarna koszula i niedbale zawiązany czerwony krawat. „Może być”, odpowiedział cichy głosik w mojej głowie, ale dla pewności wygładziłem jeszcze rękawy.
- Hej – powiedziałem, uśmiechając się.
- Cześć – mruknął, odwracając się do mnie.
Najwyraźniej nie był zbyt zadowolony z tego, że musiał przyjść. Weszliśmy do środka. Po przekroczeniu progu drzwi, zaatakowała nas fala dźwięków i zapachów. Muzyka, dym papierosowy, alkohol, śmiechy i krzyki. Rzadko bywałem w takich miejscach. Gerard rozejrzał się niechętnie. Nansy prawie od razu porwała mnie na środek drewnianego parkietu. Starałem się wmieszać w tłum, co wcale nie okazało się takie trudne jak sądziłem. Wokół kręciło się mnóstwo zupełnie obcych mi ludzi. Pośród nich robiło się mi gorąco, a w uszach huczało od kiepskich, ale głośnych piosenek. Dostrzeżenie Gerarda wydawało się nierealne, nawet z jego abstrakcyjnym wyglądem. Gdy tylko udało mi się wyrwać z tłumu spoconych, wciąż poruszających się ciał, wycofałem się pod ścianę. Nie minęło dużo czasu, kiedy oglądanie ocierających się o siebie par mi się znudziło. Miałem szczęście, że blondynka z którą przyszedłem zajęła się gospodarzem. Wciąż nigdzie nie dostrzegałem znajomej, charakterystycznej fryzury. Po jakimś czasie wyszedłem przed dom z zamiarem zapalenia i zaczerpnięcia świeżego powietrza. Moją twarz owiał chłodny wiatr, a do uszu dotarło dudnienie deszczu. Powietrze było wilgotne i czyste. Przed zmoknięciem chronił mnie około półtora metrowy daszek z frontu budynku. Słońce jakieś czas wcześniej zaszło za horyzont, a pierwsze gwiazdy zasłaniały ciężkie chmury. Szczelniej zakryłem się kurtką i wyjąłem z jej kieszeni paczkę czerwonych Marlboro. Zapaliłem jednego papierosa i zaciągnąłem się. Zwykle robiłem to dla towarzystwa, lub gdy byłem zdenerwowany. Wydmuchałem dym przed siebie, a on powoli rozwiał się wokół. Ulicą przejechało srebrne volvo i znów słychać było jedynie krople wody spadające z nieba i muzykę dochodzącą zza moich pleców. Nagle tą miłą chwilę wytchnienia przerwało ciche skrzypienie drzwi, a zaraz potem natrętny głos.
- Tu jesteś! - Nansy zamknęła za sobą drzwi i podeszła do mnie.
Złapała mnie za ramie i zaczęła trzepotać rzęsami. Ewidentnie coś chodziło jej po głowie, jednak nie potrafiłem zrozumieć co. Nie miało to jednak długo trwać. Dziewczyna zabrała z mojej dłoni papierosa i wyrzuciła go gdzieś w dal na mokrą ziemię. „Co robisz?”, zamierzałem warknąć jednak nie zdarzyłem. Zarzuciła dłonie na moją szyję i wychylając głowę do góry pocałowała mnie w usta, nie pozwalając tym samym dojść do słowa. Oniemiały stałem w miejscu, z rozpaczą próbując nadążyć za biegiem wydarzeń. Czas płynął zbyt szybko. Przysunęła się bliżej mnie ocierając się o mój tors. Wtedy usłyszałem dźwięk ponownie otwieranych drzwi i było za późno na cokolwiek. W progu drzwi, ponad blond lokami dostrzegłem, zaskoczoną twarz Gerarda. Wkrótce jednak jego usta wykrzywiły się w dziwnym grymasie złości. Odepchnąłem od siebie dziewczynę z zamiarem, poproszenia go o wspólny powrót do domu, jednak gdy tylko ruszyłem przed siebie, przesuwając Nansy na bok on puścił się biegiem przed siebie.
- Gerard! - zawołałem za nim, jednak ten nie zareagował.
Słyszałem za sobą nawoływania dziewczyny, gdy pobiegłem za nim, ignorując pogodę i śliskie błoto pod moimi stopami.
- Gerard, proszę zaczekaj! - krzyczałem, a mój głos mieszał się z deszczem, moczącym moje ubrania.
Widziałem przed sobą stopniowo zbliżającą się sylwetkę. Chłopak nie odpowiedział na moje prośby. Nawet się nie odwrócił, jednak zwalniał. Chciałem z nim porozmawiać i wyjaśnić wszystko. Co się stało? Nie wiedziałem, czemu tak zareagował. Może nie chciał widzieć mnie z Nansy? Może coś stało się na imprezie? Biegłem za nim potykając się o własne nogi. Czułem na skórze strużkę potu. Zimno zaczynało wciskać się przez przesiąknięte wodą ubrania, które przylegały do mojego ciała. Odległość między nami zaczęła się zmniejszać, aż wreszcie dogoniłem czerwonowłosego i zatrzymałem, łapiąc stanowczo za ramię. Nawet nie próbował się wyrwać, gdy siłą obróciłem go do siebie twarzą. Jego policzki były mokre, a oczy zaczerwienione, jakby płakał, jednak mogło to być urojenie.
- Co się stało? - spytałem, patrząc mu w twarz.
- Ja... - jęknął niepewnie, spuszczając wzrok.
- Tak? - ponowiłem. Gdy znów spojrzał na mnie, jego oczy zalśniły niczym złoto.
- Frankie, to nie takie łatwe jak myślisz! - krzyknął, a jego głos potoczył się echem wśród kropel deszczu.
- Wytłumacz mi! - powiedziałem, zdziwiony jego zachowaniem.
- Nie potrafię. Nie chcę by coś się stało z naszą przyjaźnią. Poza tym, tego nie da się tak po prostu powiedzieć... - spierał się dalej.
- Chociaż spróbuj! Spróbuj mi to pokazać! - wybuchnąłem.
Zawsze uważałem, że na wszystko są dobre słowa wyjaśnienia. Że wszystko ma swój słowny opis i wyjaśnienie, więc co mógł ukrywać? Nagle czas stanął, gdy nasze spojrzenia się zetknęły. Tak bardzo chciałem być kimś w jego oczach, a teraz gubiłem się w ich głębi, jakby były przepaściami bez wyjścia. Tkwiliśmy nieruchomo, całkowicie przemoczeni między szarymi budynkami Pawntacket.
- Chciałbym, żebyś zrozumiał... - szepnął.
W jednej chwili pojąłem, że jednak płakał. Słychać to było w jego głosie. Z niesamowitą prędkością złapał mnie za nadgarstki i popychając lekko, przygwoździł do ściany budynku, przed którym staliśmy. Zbliżył swoją twarz do mojej. Mimowolnie jęknąłem cicho, gdy Gerarda przybliżał się bardziej, zaciskając uścisk. Ustami objął moje wargi, uniemożliwiając mi jakikolwiek odgłos. Poruszał nimi ostrożnie w czułym pocałunku. Moje ciało zastygło, jakby było z wosku. Jego dotyk... pomyślałem. Jego chłodne ręce, zaciśnięte na moich... Jego nieobecne spojrzenie... Jego usta...
Czułem napierające stopniowo na mnie ciało. Język chłopaka wsunął się do mojego podniebienia rozpoczynając jego penetrację. Pocałunek stał się bardziej zachłanny i brutalny. Mimo wszystko ból w nadgarstkach, zmienił się w rozkosz z tej bliskości. Z moich przymkniętych oczu poleciały słone łzy. Nie potrafiłem ich zatrzymać, chociaż nie odczuwałem smutku. Czułem jak odpływamy, lub też robi to otaczający nas świat, umykając gdzieś w dal.
Gerard...
Wokół nas szumiał ocean, a nie deszcz. Jego fale zbliżały się do naszych stóp, jednak zamiast je zmoczyć, oddalały się z powrotem w głębiny. Czerwień włosów chłopaka stała się ogniem ogrzewającym moje ciało, a oczy światłem niosącym bezpieczeństwo i nadzieję.
Chciałem tego?
Mój umysł jakby odpływał wraz z falami, a myśli stały się dziwnie ociężałe i powolne. Nacisk na moich nadgarstkach stopniowo zelżał. W końcu wyrwałem się z niego i wplotłem ostrożnie palce w włosy chłopaka. W jednej chwili ktoś nacisnął przyciska play na pilocie. Czas ruszył, deszcz zaczął na nowo moczyć wszystko w zasięgu wzroku. Nie było już ani oceanu, ani tego dziwnego uczucia wolności. Tym który to przerwał, był właśnie ten, który to wszystko zaczął.
- Przepraszam... - szepnął, jakby zrobił coś złego.
- Za co? - spytałem, a resztki przyjemności odleciały, gdy dostrzegłem przygnębienie na jego twarzy.
- Za to i za te wszystkie kłamstwa... - wyjąkał sztywno, spuszczając głowę.
Było to dla mnie jeszcze większym zaskoczeniem, niż sam pocałunek. Widząc moje zdziwienie Gerard złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę swojego domu.
- Wyjaśnię ci u mnie. - rzucił zamyślony.
Znów był tym samym chłopakiem, którego poznałem pierwszego dnia szkoły. Te same nieobecne spojrzenie, ten sam utkwiony gdzieś w dali wzrok, ta sama obojętność w głosie... Prowadził mnie, jakbym nie znał drogi. Zrobił się dziwnie chłodny, jakby nic między nami nie zaszło. To co zrobił, było dla mnie tak ogromnym szokiem, że nawet nie zauważyłem kiedy dotarliśmy na miejsce. Suche pomieszczenia przywitały nas światłem i ciepłem. Z ulgą zrzuciłem przemoczoną kurtkę i buty, które dosłownie ociekały wodą. Złotooki był spięty i jakby zagubiony. Sam nie byłem w lepszym stanie.
Ten pocałunek…
Gerard podszedł do mnie, lekko drżąc.
- Chciałem ci powiedzieć… ale to co zrobiłem. – zaczął jąkając się przy każdym słowie.
Mówienie widocznie sprawiało mu ból.
- To co o mnie wiesz to… złudzenie. Nie jestem do końca taki jakim mnie znasz… - wybąkał.
W mojej głowie ruszyły dwa pociągi pędzące na siebie ze sprzecznymi informacjami, ale..
Ale ten pocałunek…
- Nie zabiłem swojego ojca niechcący – powiedział, jednym tchem. – Ja, ja byłem w tedy z chłopakiem… moim chłopakiem. – odległość między owymi pociągami raptownie się zmniejszała, przy każdym słowie. – Tata nas nakrył. Ja naprawdę nie wiedziałem co zrobić. Wywalił mojego... chłopaka, a na mnie zaczął wrzeszczeć. Mówił, że wyrzuci mnie z domu. Uderzył mnie w policzek i nazwał nic nie wartą ciotą… To mnie zabolało najbardziej. – Z niewyjaśnionej przyczyny cofnąłem się o dwa kroki w tył.
Zrobiłem to właściwie nieumyślnie. Strach był silniejszy, ale nie bałem się go, tylko jego słów.
- Byliśmy w kuchni. Nie panowałem nad sobą. Niedaleko leżał nóż… - po jego policzku spłynęły pojedyncze łzy, a za nimi następne. – To było takie proste… - zakończył, jakby wszystko już wyjaśnił.
Pociągi uderzyły w siebie, wywołując niepojęty chaos w moim umyśle. Strach posuwał się dalej. Nie mogłem nic z siebie wydusić. To nie prawda, pomyślałem, ale jego słowa brzmiały aż nazbyt szczerze. Chciałem temu wszystkiemu zaprzeczyć, lub cofnąć czas. Wyglądał, jakby miał zaraz uciec, wstydząc się tego co wyznał. Jego policzki zakrył lekki rumieniec złości na samego siebie. Ciarki przeszły po moim ciele.
A ten pocałunek…
- Wiedziała o tym tylko Alice i moja matka. Brat nawet niczego nie podejrzewał… tak bezgranicznie ufał moim kłamstwom. – wybąkał. – Dziwne, nawet przy nich nigdy nie płakałem… - dodał, zupełnie innym tonem, patrząc na mnie, jakby zaciekawiony tym faktem.
Jego oczy błyszczały. Przypominały kamienie szlachetne. Pełne były bólu, cierpienia i… Nie potrafiłem określić czego. Może było to zwykłe zainteresowanie moją osobą? Przysunąłem się niepewnie bliżej niego, chodź właśnie stwierdził, że jest mordercą. Co ty robisz? Spytał przerażony umysł, ale to serce zawładnęło moim ciałem. Uciekaj! Krzyknął, próbując przejąć kontrolę, gdy moja dłoń podnosiła się do policzka Gerarda. Czemu tego nie zrobisz? Czemu go nie zostawisz? Moja twarz powoli zbliżała się do jego. Stał w miejscy, jakby gotowy nawet na skazanie. Nachyliłem twarz ku niemu, czując coraz wyraźniej jego ciepły, nierówny oddech na swoich wargach. Większość ludzi, postąpiła by inaczej, ale…
Ale ten pocałunek zmienił wszystko…

niedziela, 5 lutego 2012

5. Przygnieciony niewiadomymi...

Co ja tu robię? Pomyślałem, rozglądając się dookoła. Stałem na środku, pustyni całkiem pokrytej piaskiem. Jedyną rzeczą jaką poza tym dostrzegałem było słońce, sam nie wiem czemu, znacznie większe od normalnego. W oddali słyszałem zawodzenie sępów, czyhających na jakąś ofiarę. Jak się stąd wydostać? Ruszyłem przed siebie, z nadzieją na powrót do domu. Zdawało mi się, że upłynęła wieczność gdy doszedłem do niewielkiego wzniesienia. Stał na nim przystojny chłopak, o czerwonych włosach.
- Gerard? - powiedziałem ze zdziwieniem.
- A któż by inny? - zaśmiał się radośnie.
Znajdował się kilka metrów ode mnie po lewej. Spojrzałem w przeciwną stronę, gdzie na sypkim, ciemnym piasku, leżało białe pudełko. Było mi tak dobrze znane, że nie było mowy o pomyłce.          - Wybieraj. - usłyszałem głos chłopaka.
Co miałem wybrać? Oczywiste było dla mnie, że powinienem wybrać przyjaciela, jednak mimowolnie ruszyłem w stronę tabletek. Chciałem się zatrzymać, jednak nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Zdawało mi się, że stoję z boku i oglądam film w którym jakiś chłopak, nadzwyczaj do mnie podobny wybiera jakieś głupie lekarstwa zamiast przyjaciela.
- Czemu? Frankie, dlaczego? - słyszałem błagalne, coraz głośniejsze jęki Gerarda.
Nie potrafiłem się zatrzymać, ale nie mogłem tego zrobić. Chciałem to przerwać. Jak ja mogłem?    - Nie!
Mój krzyk, rozdarł ciszę panującą w pokoju. Siedziałem roztrzęsiony na łóżku. Głowa pulsowała mi od bólu, koszula nocna była całkiem zalana potem, a ja siedziałem zdezorientowany w pościeli z trudem łapiąc oddech.
- To tylko sen... - szepnąłem sam do siebie po chwili.
 W pomieszczeniu było jeszcze ciemno. Wpatrywałem się w przestrzeń przede mną, zastanawiając się co oznaczał ten, niby zwykły, jednak bardzo realny sen. To nie mogło się tak skończyć, pomyślałem. Zmęczony opadłem z powrotem na poduszkę. Jeżeli miałem wybrać jedno, to czemu oznaczało to jednocześnie utratę drugiego? Mimo że było bardzo wcześnie, nawet nie próbowałem zasnąć. Sen w tej chwili wydawał się być dla mnie bardzo odległą abstrakcją. Nie wiedziałem co robić. Poczekałem, aż moje serce wróci do normalnego tempa, a oddech ureguluje się. Było mi gorąco, jednak to nie powstrzymywało mojego ciała od drżenia. Po odczekaniu jakiegoś czasy usiadłem by spuścić wzrok na swoje dłonie. Ręce trzęsły mi się jakbym był chory na parkinsona. Próbowałem nad tym zapanować, jednak skończyło się to klęską. Rozejrzałem się dookoła. Meble wokół, były ledwie dostrzegalnymi konturami. Miałem wrażenie, że mrok przybiera kształty potworów i bestii czyhających w zniecierpliwieniu na swoją ofiarę. Z trudem zszedłem z łóżka, potykając się i upadając na kolano. Wstałem z ziemi, zastanawiając się jak głośno uderzyłem o podłogę. Przebrałem się w suchy, zielony podkoszulek i czarne rurki. Założyłem do tego brązową kurtkę i pierwsze lepsze buty, które okazały się znoszonymi trampkami. Schowałem jeszcze telefon do kieszeni i dosłownie na palcach wyszedłem z domu. Moją twarz omiotło chłodne, poranne powietrze. Niebo było jeszcze granatowe, tylko wschodni fragment był rozświetlony przez ospale wschodzące słońce. Było zimniej niż myślałem. Paliły się jeszcze nieliczne latarnie. Ulice były dziwnie puste i ciche, jedynie słychać było szum kwitnących drzew i odległe huczenie wiatru. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiegoś punktu zaczepienia, jednak wszystko było wciąż uśpione. Ruszyłem w losowo wybranym kierunku. Wraz z moimi nogami ruszył także wybudzony umysł, z niesamowitą prędkością analizując cały sen. „Czemu? Frankie, dlaczego?”. Głos Gerarda wciąż dzwonił mi w głowie, jak skowyt zarzynanego zwierzęcia. Było to dla mnie jak uderzenie w policzek, jednak najbardziej zdruzgotał mnie fakt, że wybrałem tabletki, a nie jego. Historie powinny mieć Happy End, pomyślałem jak mała, ośmioletnia dziewczynka, której ulubionemu bohaterowi wydarzyło się jakieś nieszczęście. To nie mogło się tak kończyć... Mijałem kolejne sklepy i budynki, rozmyślając o tym. Czemu nie wybrałem Gerarda? Padło w mojej głowie. Sam nie wiedziałem kim jest dla mnie czerwonowłosy. Niebo zaczynało się stopniowo rozjaśniać, przeganiając z niego jasne gwiazdy. Po jakimś czasie znalazłem się w parku. Wędrowałem alejkami, czując się jak bohater filmu, w którym doszło do wybuchu atomowego. Czas płynął znacznie szybciej niż powinien. Słońce zaczynało rozświetlać zaspane twarze, nielicznie pojawiających się przechodniów. Nad ziemie wzlatywały ptaki, zakłócając ciszę swym świergotem. Świat jakby ruszyły z miejsca, zaczynając zwykły dzień. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu. Była 7:15. Samochody pojawiały się coraz liczniej, tak samo jak ludzie. Pamiętałem, że matka zwykła wychodzić razem ze swoim chłopakiem około 14, więc miałem jeszcze mnóstwo czasu dla siebie. Nogi zaniosły mnie do sklepu muzycznego w którym kupiłem dwie, nowe kostki do gry. Minęło jakieś pół godziny, więc udałem się jeszcze do starboocksa żeby napić się kawy. Byłem tam pierwszy raz. Pomieszczenie przypominało pub ze starego amerykańskiego filmu. Zamówiłem sobie cappuccino i zająłem wolne miejsce w rogu sali. Siedziałem w milczeniu wpatrując się w parujący płyn, upijając co jakiś czas jego część. Nic nie docierało do mojej, zajętej głowy. Gdy wreszcie skończyłem pić, uniosłem wzrok na duży zegarek, nad wejściem. Matka miała za niedługo wyjść więc wróciłem do domu, akurat gdy ona odjeżdżała samochodem. Sekunda, minuta, godzina, aż w końcu cały dzień. Czas był dla mnie czymś niepojętym. Akurat gdy był potrzebny, wskazówki pokazujące go gnały jak szalone. W tym dniu nie robiłem praktycznie nic. Nawet nie zwróciłem uwagi na rosnące zmęczenie i przymykające się powieki. Chwilę potem miałem wrażenie, że zabiera mnie piękny, kolorowy powóz...
Rozchyliłem powieki i tak jak przewidywałem dostrzegłem wnętrze własnego pokoju, rozświetlone blaskiem słońca. Zerwałem się z łóżka, uderzając głową o sufit. Zeskoczyłem z niego, prawie się zabijając po drodze. Sprawdziłem która jest godzina i tak jak myślałem, musiałem się pośpieszyć. Dziś zaczynał się tydzień. Pierwszą lekcją była plastyka, a było to coś, czego nie chciałem przegapić. W pośpiechu naszykowałem wszystko co niezbędne i wyszedłem. Przed moim domem stał czerwonowłosy chłopak, odwrócony do mnie placami, jednak gdy tylko usłyszał zamykanie drzwi, odwrócił się.
- Hej – powiedziałem podchodząc do niego.
- Cześć, spóźniłeś się – opowiedział.
- Tak, wiem. Zaspałem, ale dzięki, że poczekałeś.
W odpowiedzi jego bladą twarz, rozświetlił delikatny uśmiech. Taki powinien być przyjaciel, pomyślałem. Wtedy przypomniał mi się sen z poprzedniego dnia. Od razu spochmurniałem, co pechowo nie uszło uwadze Gerarda. Po chwili wspólnego marszu odezwał się:
- Co się stało?
- Nic... Wczoraj kiepsko spałem. - opowiedziałem, co nie było wcale kłamstwem.
Chłopak obrzucił mnie uważnym spojrzeniem, złotych oczu, po czym dalej szedł w ciszy. Miałem wrażenie, że dzieli nas niewidzialna szyba, niepozwalająca na więcej, niż te kilka słów. Rozumiałem, że Gerard po prostu trzyma mnie od siebie na odległość, nie pozwalając poznać się lepiej. Ja jednak chciałem móc zniszczyć to co nas różniło, ale było to tylko i wyłącznie jego wytworem. Jedynym sposobem na to było pokazanie mu się jak z najlepszej strony, jednak jak mogłem to zrobić, skoro nawet w śnie wybierałem co innego? Wciąż milcząc dotarliśmy do sali. Było już chwilę po dzwonku, ale Pan Oliver, który okazał się być najlepszym nauczycielem szkoły, przymknął na to oko. Usiadłem na miejscy, po czym rozejrzałem się po, całkowicie pomalowanych ścianach. Moją uwagę przykuł, jeden z zapełnionych fragmentów. W pustym wcześniej miejscy znajdował się teraz najwspanialszy wilk jakiego kiedykolwiek widziałem. Jego oczy był jak żywe, utkwione w mojej i Gerarda ławce. Całe jego ciało pokryte było ogniem, który sprawiał wrażenie tak realistyczne, że aż zrobiło mi się gorąco. Stał pewnie, przodem do nas, jakby patrolował swój teren. Był to niesamowity widok. Tępo spoglądałem się w obraz, próbując sobie przypomnieć co ja tam robię. Z transu wyrwał mnie miły głos.
- Za to ci dziękowałem.
W tej chwili przypomniałem sobie co wydarzyło się poprzednio w szkole i to że dziękował mi po lekcji biologi.
- Za pomysł. - dodał.
- Jest piękny... - szepnąłem, bo tylko na to potrafiłem się zdobyć.
- Zrobiłem go... w pewnym sensie... dla ciebie. - powiedział w końcu.
- Dzięki....
Znów padło tylko kilka słów, ale znaczyło ono dużo więcej niż długie opowiadanie. Sprawiły one, że szyba nas dzieląca stała się ledwie zauważalnie cieńsza. „Zrobiłem go... w pewnym sensie... dla ciebie”, powtórzył mój umysł, kilkakrotnie. Spojrzałem na niego. Miał spuszczony wzrok, jakby wstydził się mi to wyznać. Uśmiechnąłem się, co zobaczył podnosząc głowę. Odwzajemnił go, a jego oczy rozjaśniły się. Lekcja minęła szybciej niż powinna. O dziwo tak samo było z innymi zajęciami, ale może było to spowodowane tym, że byłem zajęty rozmyślaniem o czerwonowłosym. Wciąż przyłapywałem się na tym, że myślę o nim, ale co było w tym złego? To mój znajomy, a nawet... Tu brakło mi odpowiedniego określenia. Po prostu był dla mnie ważny. Wróciłem do domu sam i tak samo spędziłem wieczór, który wypełnił jedynie dźwięk deszczu, uderzającego o szyby. Miałem wrażenie, że jeszcze nigdy o czymś tak intensywnie, nie myślałem. Nawet o Stacy. W mojej głowie imię to padło beztrosko i bez większego zainteresowania, jakby była tylko złudzeniem. Minęły ledwie, niecałe trzy tygodnie, a ja nawet jej nie wspominałem. Dlaczego? Kolejne pytanie sprawiło, że poczułem się przygnieciony niewiadomymi. Wieczór spędziłem jak każdy inny. Zasypiałem w ten sam sposób co zawsze, wpatrując się litery nad moją głową i rozmyślając o jego właścicielu. Ale czemu?